CO NOWEGO?

28.04.2015, Marcin Rosłoń
Biegowy obóz odwagi
Dwie niedziele, dwa maratony. Zero życiówek, bo na szybkie bieganie dopiero przyjdzie czas w drugiej połowie maja. Ale wielka frajda z dwóch długich wybiegań w Łodzi i Warszawie. Fakt, trochę za długich jak na założenia treningowe. Bo żelazna zasada mówi, że celując w dystans królewski, wcale nie trzeba go zaliczać na treningach. Ale postanowiłem upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Przeciążyłem nogi, wzmocniłem głowę, mam dwa maratońskie medale do kolekcji, nowe doświadczenia, jeszcze więcej zapału do biegania i naprawdę wesołe nagrania. A także wielką satysfakcję, że w Warszawie pobiegłem nie tylko dla siebie. Redakcyjnie wsparliśmy bowiem w biegu Dzieciaki z Fundacji Bator Tabor (Obóz Odwagi). Ale po kolei.

W Łodzi i Warszawie przebiegłem maratony z kamerką w dłoni. Nagrywałem materiały do czwartego odcinka „O co biega?”. W maratonie łódzkim podczepiłem się pod zająca vel pacemakera Tomasza Jędrzejko na czas 3:30. Tempo na kilometr wynosiło kilka sekund poniżej 5 minut, było dla mnie komfortowe, nazwijmy to biegowo, po imieniu: konwersacyjne. Z Tomaszem, który jest grafikiem i malarzem, przegadaliśmy niemal całą drogę. Oczywiście z przerwami na komendy, które rzucał do prowadzonej kilkudziesięcioosobowej grupy łamaczy trzech i pół godziny. A grupa była bardzo zgrana, zresztą asekurowana przez drugiego zająca. Żadnych niesnasek przy narastającym zmęczeniu, kooperacja na punktach nawadniania, równy krok, wzajemne wsparcie. Pewnie udzielał im się spokój zająca, którego życiówka maratońska wynosi 2:45. Mocarz.

Kiedy znajomi dopytują się czy można biegać maratony tydzień po tygodniu odpowiadam, że można, bo przecież ludzie latają weekend w weekend, lecz wszystko zależy od sposobu i planu. Jeśli biegamy wiele lat, znamy swoje organizmy, jesteśmy obyci z długim bieganiem podczas treningów, nie bijemy życiówek, nie wypluwamy płuc, to nogi nas poniosą. Nie wpadniemy czołowo na ścianę, nie zaznamy kryzysów, nie dopadną nas wredne skurcze czy rozstroje żołądkowe. Bo maraton to zabawa zarówno dla tych, którzy kolekcjonują nie życiówki, a zawody i medale oraz dla tych, którzy starają się pobić samego siebie. Tylko z inną częstotliwością. I naprawdę nie umiem odpowiedzieć ile maratonów można przebiec w roku. Dla zawodowca to będą dwa. Ale jak weźmiemy pod uwagę tempo i obciążenie organizmu, to nie ma się czemu dziwić. A gdy dołożymy do tego tygodniowe treningowe przebiegi profesjonalistów rzędu 150 – 180 kilometrów, to zrozumiemy różnice. Niebo a ziemia. Co innego urocze klepanie kilometrów, gdy tętno jest w ryzach, a żadne słowo nie więźnie nam w gardle. Jeśli to komuś służy to niech biega i zwiedza. A naszych własnych życiówek kategorycznie nie można porównywać z innymi. Każdy z nas biegaczy ma swój określony potencjał, który trzeba szlifować. Wielu rzeczy nie przeskoczymy i nie przeskakujmy. Żadnych skrótów. Róbmy swoje, żeby poprawiać siebie. To najlepsza droga. Proces na wiele sezonów, nie na hura. Jedna z moich ulubionych sentencji biegowych trafia w sedno: „Mój rekord jest moim rekordem Świata”. I basta!

Moja życiówka w maratonie to 2:52 z haczykiem. Dla wielu kosmiczny cel, dla innych pryszcz. W ostatnią niedzielę w Warszawie zakończyłem maraton o pół godziny wolniej, czyli biegłem o około 40 sekund spokojniej na kilometr niż w rekordowym biegu. To bardzo duży zapas i komfort. Oczywiście wynik rzędu 3:22 jest marzeniem wielu, lecz musimy uwzględniać proporcje. Gdy każdy maratończyk dorzuci do swojej życiówki 30 minut do podziału na 42 raty, to dystans królewski już nie okaże się taki nieosiągalny i złowrogi. Kiedy ścigam się na czas raczej nie mam ochoty gadać do kamerki, uśmiechać się, wiwatować i przybijać piątek z kibicami. Wtedy liczy się każda oszczędność energii. W każdym moim nieuzasadnionym ruchu głową, gębą, ręką, żuchwą czuję jej utratę. Ważny jest każdy detal. Wszystko musi być sprawdzone, zapięte na ostatni guzik. Buty zawiązane na podwójną kokardę, strój przetestowany, stpy i uda nasmarowane tłustym kremem, numer solidnie przymocowany dzień wcześniej, żele upchnięte w kieszonce spodenek, frotka do wycierania twarzy z potu na nadgarstku, stoper z pełną baterią, rozgrzewka wykonana, zapas czasu w strefie startowej. To mój pakiet startowy. A potem około 50 tysięcy kroków do przemierzenia w jak najlepszym czasie. Wyścig ze sobą. Weryfikacja przygotowań, diety, snu, ambicji, pary w płucach, głowie, sercu i mięśniach.

W Łodzi i Warszawie przygotowałem głowę strategicznie. Przebiegłem sporo maratonów ulicznych, ale ostatni w Krakowie przed rokiem. Wtedy kryzys dopadł mnie zaraz za półmetkiem. Powalczyłem, zwolniłem nieznacznie, żeby dać wytchnienie mięśniom nóg, które od ud ku kolanom zalewał beton. Tak to odczuwałem na trasie. W głowie niczym mantrę powtarzałem sobie: „To minie, to minie, to minie, to minie…”. Trafiłem z rytmem w kroki. Pomogło, minęło. Wykręciłem czas gorszy od życiówki o 3 minuty (2:55), lecz równie bezcenny. Bo mój rekord przyszedł gładko, sam dziwiłem się jak lekko całe miasto przeleciało. W 2012 roku jednak bardzo rzetelnie przepracowałem śnieżną zimę, a przypominam, że ciągnęła się ona aż do Wielkanocy. W następnym roku i teraz nie wszystko poszło w makrocyklu treningowym jak po maśle.

Tygodnie poprzedzające maratony w Łodzi i Warszawie były u mnie wypełnione mocnymi treningami. To też był celowy zabieg, żeby przystępować do biegów bez większego komfortu, na zmęczeniu. Gdy stanąłem na starcie OWM dwa dni temu pomyślałem, że mogę nie doczłapać do mety. Rozgrzewka poszła mi jak po grudzie. Nogi miałem ciężkie, łydki obolałe, ale miałem dwa zobowiązania. Pierwsze najważniejsze to Dzieciaki z Fundacji Bator Tabor, dla których redakcyjnie jako NC+ Team zbieraliśmy w biegu na dychę i w maratonie pieniądze na obozy terapeutyczne w ramach akcji Kompania Wrażeń. Takie wyzwanie niesie, nie pozwala się poddać! Drugie zobowiązanie to wsparcie kolegi Kamila Gapińskiego, który celował w życiówke na poziomie 3:20. Obiecałem, że dopóki dam radę i będziemy mieli realne szanse, to będę ramię w ramię z nim. Ostatecznie z każdym kilometrem nabierałem świeżości, łykałem kilometry odwrotnie proporcjonalnie do oznaczeń na znakach. Im dalej, tym lżej. Doping i kapele gęsto usiane na trasie robiły swoje, rozmowy z biegaczami pozytywnie nakręcały, kamerka pozwalała oderwać uwagę od dyskomfortu, a czapeczka z logo Fundacji Bator Tabor i misja dla Dzieciaków chorych na nowotwory dodawały otuchy i krzepy. Nadal jest możliwość wsparcia naszej akcji groszem. Wspierajcie! Z góry wielkie dzięki!

Za półmetkiem co kilka kilometrów przystawałem przy punktach nawadniania i czekałem na Kamila z kubeczkami wody i izotoniku do wyboru. Jednak na 37. kilometrze czas oczekiwania wydłużył się na tyle, że poleciałem samotnie ku mecie. Złamanie 3:20 już dawno przepadło bezpowrotnie. Kolega jednak pobił swoją życiówkę o, tadddaaam, jedną sekundę! Wyobrażacie sobie coś takiego w maratonie? Stracił moc około 30 kilometra, ale powalczył i swoje wygrał. Ważne też, że poczuł własne niedociągnięcia. W bieganiu cały czas jest coś do poprawy i za to je właśnie kocham.

Moja kolejna ulubiona sentencja biegowa to: „Chcę być codziennie lepszą biegową wersją samego siebie”. A na pewno nie gorszą. I tego się trzymam. Dziś jednak klasyczny u mnie kryzys drugiego dnia. Stąd cała doba bez biegania. Wytchnienie dla nóg, głowy i duszy. I czas na finisz montażu „O co biega?”. Do zobaczenia na ekranie i na trasie!

Zapraszamy na premierową emisję 4. odcinka "O co biega" w środę, 29 kwietnia, o 19:00 do CANAL+ Sport.

Kompania wrażeń - dowiedz się jak pomóc

Komentarze (5)
#Kaz
07.05.2015, 17:30

Canal + 16.05 g.17.40 Żużel Grand Prix
Family 2 16.05 g.18.40 Żużel Grand Prix
Liverpool-Crystal Palace 16.05 g.18.30 brak transmisji?
Pomyłka czy...?

#Jan
04.05.2015, 22:20

Panie Marcinie!
W dniu 16.05 o godz.17.30 w Liverpool pożegnanie Stevena Gerrarda i Wy nie transmitujecie tego meczu!!! To jest historia angielskiej piłki.Przecież Pan tam był..W Panu ostatnia nadzieja.Nie tylko meczem Bełchatów-:Podbeskidzie człowiek żyje

#Artur
29.04.2015, 14:29

Marcin dzięki za wspólny parę kilometrów na OWM. Ja miałem 3:32.

#Ważny
28.04.2015, 19:45

a Lipiński jaki miał czas na 10km? :P

#kamilmnch1
28.04.2015, 19:29

Rosół, za metą drugiego maratonu odnalazłeś jeszcze choć odrobinę euforii?

Kamil H.


SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)