CO NOWEGO?

31.01.2018, Małgorzata Sadowska
Pochwała realu, czyli spotkanie rzeczywistością wirtualną
Byłam w parku, kiedy za plecami usłyszałam rozmowę: odwróciłam się gwałtownie i boleśnie uderzyłam w nogę, choć na mojej drodze nie było żadnej przeszkody. Właściwie nie było też żadnej nogi. Chłopak i dziewczyna na ławce byli dosłownie na wyciągnięcie ręki (której nie było), ale mimo to niewyraźni. I tak mieli szczęście – w końcu ja byłam całkowicie niewidzialna, przezroczysta, a w każdym razie nieobecna ciałem. Z każdą minutą seansu to dziwne uczucie alienacji tylko się pogłębiało. „Tu jestem!” – chciałam zawołać do mężczyzn przy stoliku w pizzerii. „Zdejmijcie mnie stąd!” – krzyczałam w duchu, lewitując gdzieś ponad głowami pasażerów metra. Mój „Brooklyn Experience” wspominam więc jako egzystencjalny koszmar, moją własną ghost story.

To był mój pierwszy festiwal w Rotterdamie, a na nim pierwszy seans VR, czyli spotkanie z „virtual reality”. Założyłam na głowę coś w rodzaju strasznie niewygodnego, ciężkiego kasku i przez godzinę szłam z czasem, z postępem, z osiągnięciami, z trudem powstrzymując mdłości. Przed moimi oczami przesuwały się ulice nowojorskiego Brooklynu i krzyżowały drogi kilkorga bohaterów „Brooklyn Experience” Jose Celestino Campusano, bliskich typom z wczesnych filmów Jarmuscha, z kina Hartleya czy Bujalskiego. Rasizm i imigracja, Irak i molestowanie – pełen zestaw aktualnych, poniekąd nawet modnych tematów, w stylistyce prostego, minimalistycznego indie. Socjologiczny szkic, który nie wyróżnia żadnej z postaci; kilka historii biegnących przez najbardziej newralgiczne punkty współczesnej Ameryki.

Kręciłam się więc na stołku, uderzając co chwilę o stolik z komputerem, żeby nadążyć za urzędnikami imigracyjnymi w średnim wieku, za ich neurotycznymi dziećmi i ich rówieśnikami. Kiedy patrzyłam w górę, widziałam sufit restauracji, w której akurat toczyła się akcja. Mogłam obserwować bohaterów przy stole – tak, jakbym się do nich dosiadła; albo tylko słuchać ich dialogu, obserwując faceta w innym kącie, kontemplując brudną podłogę, patrząc na to, co dzieje się za oknem.

Rzeczywistość wirtualna kusi zaproszeniem do wnętrza filmu, znika obraz, znika ekran, znika rama: otacza cię „rzeczywistość” opowiadanej historii. 360 stopni realu, pełne zanurzenie, głębia zamiast płaskiego ekranu. Jesteś w środku, no i super - ale niczego nie możesz dotknąć, ani nikt nie może dotknąć ni usłyszeć ciebie. Tak muszą czuć się dusze – pomyślałam jakoś w połowie seansu, które już opuściły ciało, ale skazane są chwilowo na błąkanie się wśród żywych: samotne, mijane obojętnie przez przechodniów, wszechobecne i zarazem całkowicie nieobecne. Grany przez Casey’a Affleca w „Ghost Story” duch przynajmniej mógł rozbijać talerze, gdy chciał, by ktoś wreszcie uświadomił sobie jego istnienie. Ja nie mogłam zrobić nic, skazana na milczące dryfowanie pomiędzy mieszkańcami Brooklynu, od którego tylko dostałam choroby lokomocyjnej. Ustawienie kamery kazało mi unosić się ponad podłogą (“… kto nie dotknął ziemi ni razu…”), co tylko powiększało owo dojmujące poczucie braku kontaktu, a iluzja bycia w rzeczywistości pryskała za każdym razem, gdy wysuwałam rękę - bo wcale jej tu nie było. Zamiast filmu zaczęłam więc kontemplować swój status, status widza seansu VR, dziwnego bytu odczuwającego fantomowe bóle po swoim ciele. Z zewnątrz moje niezborne ruchy, nagłe skręty, obroty, potknięcia i wyplątywanie się z kabli, w które owijałam się, jak przywiązany do drzewa pies w smycz; musiały wyglądać jak taniec świętego Wita. I musiał być to bardzo smutny widok: samotny człowiek w dziwnym kasku, rzucający się, jak pacjent oddziału zamkniętego w reakcji na sprawy i widoki niedostępne dla innych.

“Brooklyn Experience” uświadomił mi, że w kinie lubię tak naprawdę ową jasno zaznaczoną granicę pomiędzy filmem, a realem. Lubię obecność innych ludzi, lubię słyszeć ich reakcje, obserwować, w którym momencie wychodzą, kiedy się śmieją. Lubię wymieniane z obcymi uśmiechy, porozumiewawcze spojrzenia i zbiorowe westchnienia irytacji. Lubię zapach kinowych sal i padające z ekranu światło. Lubię sama decydować, jak głęboko zanurzę się w opowieść, na ile w niej zniknę. Lubię decydować, na co patrzę: może na ekran, a może ukradkiem na parę, która przykryta kurtką najwyraźniej uprawia w kinie seks (przydarzyło mi się to rok temu na festiwalu w Berlinie).

Kiedy film się skończył, czułam się, jak pijany marynarz, który zszedł ze statku po sztormie. Dotknęłam ramienia "doświadczającego" VR przy sąsiednim komputerze znajomego, wyciągając go z metra, gdzie akurat latał nad głowami pasażerów. Uściskaliśmy się serdecznie i poszliśmy na kawę. Przez przeszklone ściany do kinowej kawiarni wpadało słońce, woda w Mozie kotłowała się, bo mocno wiało. Stare portowe zabudowania po jej drugiej stronie nieoczekiwanie przypomniały mi Brooklyn. Zamówiliśmy kawę i sok pomarańczowy. Ludzie wokół przeglądali festiwalowe programy, jedli kanapki, rozmawiali ściszonymi głosami. Z sali na górze zaczęli wychodzić widzowie, widocznie skończył się jakiś film. Restauracja po lewej stronie dopiero się otwierała, do baru po prawej stała kolejka. Pachniało kawą, sok był cierpki, kelnerka, która go przyniosła odwzajemniła mój uśmiech. N. siedział na wyciągnięcie ręki, którą tym razem miałam. Gdybym chciała, mogłabym go dotknąć. Pomazaliśmy jego program zaznaczając warte obejrzenia filmy, niespodziewanie z tematu pracy zeszliśmy na związki - to był jeden z tych momentów niespodziewanej intymności, jakie czasem przydarzają się z ludźmi.

Zimny wiatr mocno szarpał mnie za włosy, kiedy stałam chwilę później na zwodzonym moście, czekając z innymi, aż przepłynie rzeką ogromna żółto-niebieska barka z dźwigiem. Gdzie nie spojrzeć - wszędzie rozciągała się rzeczywistość. Jedyna, w jakiej mam ochotę być.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

30.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.04.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.04.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.04.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)