CO NOWEGO?

10.11.2017, Małgorzata Sadowska
Płyta nie do zdarcia, czyli "Beksińscy. Album wideofoniczny"
Książka Magdaleny Grzebałkowskiej, film Jana P. Matuszyńskiego, film Marcina Borchardta (o którym będzie w tym tekście mowa, bo wszedł dopiero co do kin), dzienniki Zdzisława Beksińskiego, biografia Tomasza, nie mówiąc o powstającym wciąż kolejnym dokumencie bazującym na sanockich archiwach: ekshumacja “ostatniej rodziny” nie może się zakończyć. Co takiego - pomijając banalną powierzchnię “mrocznej legendy” - czyni Beksińskich aż tak atrakcyjnymi? Co sprawia, że życie trójki ludzi stało się materiałem na serial, którego kolejne odcinki śledzimy z wypiekami, chociaż doskonale wiemy, jak kończy się ta historia?

Być może chodzi właśnie o to, że to domknięta opowieść - jej bohaterowie nie żyją, nie pozostał po nich nikt, kto by strzegł dostępu do prywatnych nagrań, do zapisków - a może je nawet zniszczył, tak jak Zdzisław (Andrzej Seweryn) z filmu Matuszyńskiego, który po śmierci żony pali w garnku jej fotografie. Beksińscy to rodzina idealnie wypreparowana, obiekt niemal laboratoryjny, który do tego sam się usłużnie obserwował i utrwalał (pozostało po nich 300 godzin nagrań audio i wideo, audycje Tomasza, fotografie itp.). Piszę “Tomasza”, choć przecież wszyscy nazywamy go “Tomkiem”, bo stał się wiecznym chłopcem, modelowym synem swojego modelowego ojca Zdzisława (nigdy z kolei nie nazywanego “Zdziśkiem”). Jeśli dodamy do tego Zosię - żonę i matkę (modelowo pomniejszoną przez to zdrobnienie); otrzymamy wzór niby ekscentrycznej, ale przecież jakże modelowej patriarchalnej polskiej rodziny: tego piekła wybrukowanego dobrymi chęciami, a nawet miłością.

To, że po Beksińskich zostało tak wiele intymnych, osobistych zapisków, rodzi zrozumiałą pokusę podglądania, ale też nieco mniej oczywistą pokusę interpretowania, motywowaną dramatycznymi losami rodziny, które usiłujemy prześwietlić, zdefiniować, wyjaśnić i właśnie z i n t e r p r e t o w a ć. Upraszczając, jest to uporczywe poszukiwanie odpowiedzi na fałszywie moim zdaniem postawione pytanie: „Kto zabił?” Zarejestrowane fragmenty życia traktowane są zaś jak zestaw klocków lego, z których można zbudować wieżę, ale też samochód albo robota. Kiedy czynią to w fabule scenarzysta Robert Bolesto i reżyser Jan P. Matuszyński, wiem, że ostatecznie nie dociekają prawdy innej, niż ekranowa. Cudza biografia jest dla nich trampoliną do autorskiej, subiektywnej (fascynującej przy tym) opowieści.

Gdy idzie o film Marcina Borchardta, mam już pewne wątpliwości, związane z faktem, że „Album Wideofoniczny” wędruje po kinach w glorii i chwale dokumentu, którym w moim odczuciu nie jest. I nie chodzi mi o żaden „separatyzm” gatunkowy, by posłużyć się modnym dziś na prawicy słowem. Zmontowany z prywatnych archiwów, fragmentów Dziennika Telewizyjnego, czy kronik filmowych „Album…” ma po prostu swój scenariusz, swoją tezę (upraszczając: za problemy syna odpowiada ojciec: jego metody wychowawcze, jego mroczna, perwersyjna sztuka i jego narcyzm) i tak dobiera materiały, by ją udowodnić. Z 300 godzin istniejących nagrań reżyser wydestylował kilkadziesiąt minut, pod fragmenty wideo podłożył dobrane przez siebie nagrania audio (np. fragmenty dzienników Zdzisława Beksińskiego), tworząc niezwykle interesującą, ale też całkowicie subiektywną, autorską wizję rodziny i panujących w niej stosunków.

Najlepszy komentarz do tej metody przynosi sam film, w jednym z nagrań Tomasz Beksiński mówi bowiem: “Najchętniej miałbym swoją koncepcję audycji, w której bym puszczał różne nagrania, różnych wykonawców, miksował je, wyciszał, nawet skracał, robił z tego jakąś historię. To mnie bawi, Natomiast puszczanie całych płyt - to już zaczyna mnie nudzić”. „Album wideofoniczny” tym właśnie jest: „robieniem historii”, miksowaniem archiwaliów, intrygującą filmową DJ-ką, nadawaniem znaczeń (rozmowa Zofii i Zdzisława, w której wyrażają niepokój związany z przyjściem na świat potomka; niepokój bliski pewnie wszystkim młodym rodzicom, tu na przykład urasta do rangi strasznego proroctwa). W tragedii, jaka spotkała Beksińskich uporczywie chcemy dostrzec sens, patrzymy na ich życie z perspektywy śmierci, a w niej samej widzimy puentę (morał?) przypowieści.

Konstruujemy narracje, rozdajemy role i wtłaczamy w ich ramy egzystencję tamtej rodziny. Interpretacja jest zemstą intelektu na emocjach – pisała tymczasem wielka amerykańska myślicielka Susan Sonntag, przeciw interpretacji był także sam Zdzisław Beksiński, mówiący w „Albumie…”: >>Nazwać coś, to oddalić się od istoty rzeczy nazwanej. To, co jest namalowane, nie jest dla mnie nigdy tak dosłowne, jak dla oglądających, którzy do obrazu przystępują ze słownikiem symboli. Drzewo - symbol życia. Zieleń - symbol odrodzenia. Czerń - symbol śmierci. Ptak, krowa, dzban, moneta, kupa - wszystko to symbole. Nie cierpię określenia “powiedzieć coś przez coś”<<.

Dlatego coraz częściej marzy mi się posłuchanie całej płyty. 300 godzin nagrań emitowanych non stop. Tak, żeby można było wejść w dowolnym momencie i pobyć sobie w tym utrwalonym przez Zdzisława (przy pomocy Tomasza i Zofii) świecie w całej jego hmm… rozciągłości, banale, nudzie przerywanej z rzadka fajerwerkami tych pełnych napięcia scen, które wciąż przywoływane, stają się już niemal ikoniczne.

Życie, i owszem, jest kroniką zapowiedzianej śmierci – ale przede wszystkim jest niespójne, bezładne, przypadkowe i zazwyczaj upływa nam bezrefleksyjnie na mało spektakularnych czynnościach, dla których nawet nie sięga się po kamerę. Jak usłyszałam ostatnio w bardzo starym filmie zapomnianego reżysera: "Nie wierzę w biografię, która jest życiem opowiedzianym przez innych".
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

30.11.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.11.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
06.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
02.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
21.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
02.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)