CO NOWEGO?

28.06.2018, Małgorzata Sadowska
"Mała Miss", czyli życie jako seria konkursów piękności
Najlepsze cytaty na porządny granitowy nagrobek trafiają się w najmniej oczekiwanych miejscach. Na przykład na mundialu.

Wypowiedziane po meczu z Kolumbią: “Najgorsze jest to, że po nas nikt nie będzie płakał” doskonale nadaje się na sentencję, która wprawi w stan egzystencjalnej trwogi, a co najmniej przyprawi o atak torschlusspanik * każdego cmentarnego przechodnia. Z perspektywy tego boiska - na którym przypomnijmy, znajduje się nie jedna, lecz wiele płyt - każdy jest bowiem przegranym. Nawet Brazylijczycy.

Ale nie myślcie sobie, że zamierzam was tu straszyć widmem życia, jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową. Od tego są niektórzy reżyserzy. Przeciwnie, pragnę was rozweselić, nakłonić do tańca i przekonać, że nie warto patrzeć na świat, a przede wszystkim na siebie, z perspektywy przegranego/przegranej lub zwycięzcy/zwyciężczyni. I nie musimy w tym celu wdrażać programu “9 kroków” (wystarczy kilka głupich, które każdy ma w zanadrzu), bo mamy jeden stary film: “Mała Miss”.

Obejrzany po 12 latach od premiery film Valerie Faris i Jonathana Daytona, który podbił Sundance i zdobył dwa Oscary, okazuje się kopalnią klisz niezależnego kina (dysfunkcyjna rodzina, w której musi znaleźć się dziwny nastolatek i lekko otyła dziewczynka, z której wyrośnie kiedyś bohaterka filmów Wesa Andersona, prowincjonalna Ameryka, neurozy, przeciętność itp.). Ale przecież to film, który te klisze tworzył, a nie powielał. Ta miniona dekada to także okres wstrząsów i zmian w Stanach i tonie amerykańskiego kina (z całą pewnością późniejsze niezależne hity w rodzaju “Do szpiku kości”, “Moonlight” czy “Florida Project” przedefiniowały znaczenie określenia “dysfunkcyjna rodzina”) - a jednak wiodący temat filmu, czyli obsesja na punkcie zwycięstwa i sukcesu nie wydaje się przebrzmiały. Przeciwnie, owo odrzucenie amerykańskiego marzenia, utrata wiary w sens mierzonego dolarami i dyplomami sukcesu, jaka ma miejsce w filmie, w swojej radykalnej formie przemeblowały polityczną scenę Ameryki. Ale nie będziemy tu uprawiać taniego reductio ad Trumpum.

W filmowej rodzinie Hooverów obowiązuje przekonanie, iż “na świecie istnieją tylko zwycięzcy i przegrani”. Owe perły mądrości (“Ile ci wiszę za te perły mądrości?” na stałe weszło do mojego słownika) rzuca ojciec, Richard (Greg Kinnear), trener “Programu 9 kroków”, prowadzącego chętnych wprost w objęcia życiowego sukcesu. Problem w tym, że chętnych brakuje, podobnie, jak wydawcy dla książki Richarda, która miała być bestsellerem. Atmosfera w domu tężeje jeszcze bardziej, gdy zjawia się w nim po nieudanej próbie samobójczej Frank (Steve Carell), brat pani domu (w roli Sheryl - Toni Colette). Depresyjny znawca Prousta dzieli pokój z milczącym nastoletnim synem Hooverów, Dwayne’m (zobaczcie, jak zaczynał wspaniały Paul Dano!). Temu z kolei marzy się lotnictwo i poprzysiągł nie odezwać się słowem, dopóki nie spełni się jego marzenie o szkole pilotażu. Całości niewesołego obrazka dopełniają pulchna okularnica, Olive (Abigail Breslin), marząca o karierze miss, na którą - szczęśliwie - nie ma żadnych zadatków; oraz dziadek Edwin (Alan Arkin), wciągający kokę w łazience i trenujący z wnuczką specjalny układ taneczny, który dziewczynka ma wykonać na wyborach miss. Ach - jest jeszcze Sheryl, o której nic właściwie nie można powiedzieć poza tym, że jest matką, do tego tak zajętą, że nie ma czasu marzyć, a więc i ponieść porażki. To akurat trochę wstyd, że twórcy filmu tak niefeministycznie i lekceważąco potraktowali postać Colette.

Cała ta paczka rusza starym żółtym vanem do Kalifornii, by tam Olive mogła spełnić swoją fantazję o konkursie piękności. Droga ta przypomina zaiste komiczną wersję drogi krzyżowej: co rusz ktoś tu upada, ale jakoś się podnosi - z wyjątkiem jednego bohatera, który nie podniesie się aż do końca. W trasie przewartościowaniu ulegną życiowe plany, rodzinne relacje, wizje sukcesu i szczęścia. “Życie to seria konkursów piękności” - dochodzi do wniosku Dwayne, i już wie, że nie ma ochoty w nich uczestniczyć. Ta wiedza przynosi ulgę właściwie wszystkim członkom rodziny. Jakoś lżej będzie pchać tego rozpadającego się żółtego vana (a jest on rzecz jasna metaforą rodziny), wiedząc, jaką wolność daje odmowa udziału w wyścigu.

Najmocniejsza w “Małej miss” ostatnia część, rozgrywająca się podczas tytułowych wyborów po dziś dzień pozostaje równie śmieszna, co przerażająca. Groteskowo ubrane i uczesane kilkulatki (wyobraź sobie pięciolatkę wystylizowaną na Alexis Colby i to będzie właśnie to), są karykaturami rodzicielskich ambicji. Mizdrzące się, roznegliżowane, wulgarne, a przy tym sztywne ze strachu lolitki paradują przed publicznością, zupełnie nieświadome w jak odrażającym spektaklu biorą udział. I wtedy wchodzi ona - cała na wesoło. Zwykła dziewczynka. Ni ładna, ni brzydka - za to odważna, niesformatowana. Z programem tanecznym, który wprawi w osłupienie organizatorów (za choreografię odpowiadał dziadek - kokainista), nie mająca nic do stracenia. Zresztą co ja wam będę opisywać tak malowniczą scenę. Obejrzyjcie ją sami. I pamiętajcie - tak trzeba żyć!




*Niemieckie określenie na stan, gdy uświadamiasz sobie, że kawał życia za tobą, a ty nic nie zrobiłeś i już raczej nie zrobisz.

Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

31.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
16.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)