CO NOWEGO?

27.12.2012, Małgorzata Sadowska
2012 w kilku spojrzeniach
Kończy się rok, zaczyna się więc - jakby to ujął Umberto Eco - "szaleństwo katalogowania". Listy i zestawienia, rankingi i podsumowania mnożą się, wypełniając łamy gazet i internetowe portale, jakby układanie filmów dziesiątkami plasowało się na czele listy świątecznych porządków - i to przed trzepaniem dywanów i pastowaniem podłóg.

"Wstyd"? Zostaje. "Prometeusz"? Do kosza. No ale co z tym "Pokłosiem"? Jest jak kryształ po babci: na półce nie postawię, a wyrzucać trochę żal, bo to przecież rodzinna pamiątka. Za tym szaleńczym podsumowywaniem i zestawianiem kryje się wiara w cykle, w to, że żyjemy od-do; że każdy styczeń coś otwiera, każdy grudzień zamyka. Sama przyłapuję się na tym, że powtarzam jak mantrę: "niech ten rok wreszcie się skończy", "niech ten rok wreszcie się skończy" (w zeszłym roku zresztą powtarzałam to samo). Taki sposób myślenia zakłada, że rok jest jak wielka sieć, którą w grudniu zaaferowani wyciągamy na pokład, sprawdzając, co się w nią złapało. Na osobną kupkę odkładamy cenne znaleziska, które później próbujemy jeszcze ułożyć w jakiś sensowny wzór w rodzaju: "To był rok filmów o śmierci" (bo "Miłość", bo "Koń turyński", bo "Oslo, 31 sierpnia", bo "Code Blue", bo "Spadkobiercy", bo "Kobieta z Piątej Dzielnicy). Dla mnie ten rok będzie zupełnie inny, jeśli wyłowię z sieci te filmy, które weszły do polskich kin pomiędzy styczniem a grudniem 2012; a zupełnie inny, jeśli złożę go z tego, co przez ostatnie 12 miesięcy widziałam: w kinach, na festiwalach, na DVD. Inny będzie, jeśli wezmę pod uwagę premiery, inny, jeśli wszystkie filmy, które były dla mnie odkryciem, niezależnie od daty ich powstania ("Po co robić nowe filmy, skoro jest tyle starych do obejrzenia?", zastanawiał się kiedyś nie bez racji B., przyjaciel, filmowy krytyk i bloger). Moja lista "the best of" wyglądałaby więc tak (kolejność bez znaczenia): "Wstyd", "Mistrz", "Najsamotniejsza z planet", "Marina Abramović. Artystka Obecna", "Oslo, 31 sierpnia", "Elena", "Wichrowe wzgórza", "Pewnego razu w Anatolii", "Zupełnie inny weekend", "Take This Waltz", "Koń turyński". Może dorzuciłbym jeszcze "Obławę", jako najlepszy moim zdaniem polski film rok (w kategorii "najważniejszy" byłoby to - mimo wszystkich zastrzeżeń - "Pokłosie"). Gdybym miała jednak wyjść poza grafik premier i po prostu przywołać obrazy, te które pobudziły moją wyobraźnię, zachwyciły, ścisnęły za gardło, dały do myślenia i do dziś przepływają przez moją głowę, byłyby to pewnie:

1. Kilkuminutowa, nakręcona w jednym ujęciu i w nieostrości sekwencja otwierająca "Post Tenebras Lux" Carlosa Reygadasa (w kinach od 8 lutego), gdy piękny zmierzch podstępnie przechodzi w przerażającą ciemność. Spokój zamienia się w burzę, idylliczny wiejski pejzaż w rozdzieraną błyskawicami czarną otchłań, domowe zwierzęta suną wokół niczym groźne cienie drapieżnych istot - a całą tą przemianę oglądami oczami małej dziewczynki. To absolutnie metafizyczny moment, w którym jest i zapowiedź kryzysu, i przekroczenie granic widzialnego, i przeczucie, i chwila utraty niewinności. Dla takich scen robi się filmy. Dla takich scen chodzi się do kina. Niewielki jej fragment znajdziecie tutaj:



2. Scena więzienna z "Mistrza" Paula Thomasa Andersona (wygrzebałam w sieci tylko zdjęcie). Dwie bliźniacze cele w jednym kadrze, uczeń i guru za kratkami. Ten pierwszy (Joaquin Phoenix), agresywny, więc skuty kajdankami, wali głową w więzienne łóżko, szamocze się, rzuca, rozwala sedes. Ten drugi (Philip Seymour Hoffman) fakt aresztowania przyjmuje z pełną nonszalancją, spokojem i godnością. Oto natura i kultura, instynkt i kontrola, freudowskie Id i Superego - każde w swoim więzieniu. Genialna metafora rozdwojenia jaźni, permanentnego wewnętrznego konfliktu, który jest udziałem każdego, kto nie umie zintegrować w
sobie popędów i kulturowych norm. Wszyscy jesteśmy skazani.

blog picture

3. Niestety, nie odnalazłam nigdzie tej sceny ze "Spring Breakers" Harmony'ego Korine'a (premiera polska 8 marca), nawet na zdjęciu. Pewnie dlatego, że jest jednym z najpilniej strzeżonych sekretów filmu, cacuszkiem, wisienką na słodkim, kolorowym (i zatrutym) torcie, jakim jest ta przewrotna baśń. Mowa o landrynkowej scenie, w której James Franco nad brzegiem basenu, o zachodzie słońca, na białym pianinie wykonuje (gra i śpiewa!) balladę Britney Spears, "Everytime". Życie staje się popowym teledyskiem, teledysk - popowym życiem pełnym dziewcząt w bikini i chłopców dźwigających na szyjach kaskady złotych łańcuchów. Pop rodzi kicz, kicz - pop, ale za tą słodyczą jak z fototapety skrywa przemoc. Harmony Korine z przenikliwością godną doktora House diagnozuje wirusa pop - kultury. To nie jest świat dla starych ludzi. A przede wszystkim - dla słabych.

4. Historia pewnej znajomości w jednej scenie w parku rozrywki. Czyli "Take This Waltz" Sarah Polley. Jest tu wszystko: uniesienie, zabawa, podniecenie, ekscytacja. Stan zakochania przenosi nas w inny wymiar, retuszuje rzeczywistość, rozsiewa wokół błyskotki iluzji - tak długo, jak... trwa. O czym nie bez ironii przypomina Sarah Polley. Lubię moment finałowy tej sceny, kiedy robi mi się głupio, tak jak bohaterom, że tak jak oni dałam się ponieść.



5. W "Kobiecie na skraju dojrzałości" Jasona Reitmana (w Polsce film wyszedł na DVD) pewnego poranka Charlize Theron jako Mavis Gary, pisarka przed czterdziestką budzi się na gigantycznym kacu pośród ruin własnego życia w rodzinnym Mercury w Minnesocie. Powrót do przeszłości (od lat mieszka w Minneapolis) połączony z nadmiarem alkoholu i złudzeń, okazał się totalną katastrofą, upokorzeniem i blamażem. W poplamionej winem bluzce, z rozmazanym makijażem i włosami w nieładzie, Marvis siedzi naprzeciwko siostry znajomego - cichej, szarej myszki: schludnej, trzeźwej i całkowicie bezbarwnej. Mavis patrzy na Sandrę (Collette Wolfe), a Sandra wlepia oczy w Mavis. Kim bym była, gdybym nie wyjechała? Kim byłabym, gdybym wyjechała?
"Pieprzyć Mercury" - zdobywa się na odwagę Sandra, ale Mavis nie ma wątpliwości: "Twoje miejsce jest tutaj". Bo nie każdy może, ot tak, mieć w dupie małe miasteczka. Świetnie zagrane, zabawne i mocne.



6. "Holy Motors" Leosa Caraxa (w polskich kinach od 11 stycznia) kocham od pierwszej do ostatniej sceny. Zobaczony wiele miesięcy temu, wraca do mnie coraz intensywniej. Carax jest filmowym geniuszem, wizjonerem, artystą, który myśli obrazami. Z potoku niesamowitych scen, fantastycznych, mocnych obrazów, nie umiem wybrać tej jednej ukochanej, ale na zachętę zamieszczam poniżej scenę miłosną. "Piękno rodzi się w oku patrzącego" - mówi jeden z bohaterów "Holy Motors". Więc patrzcie. I niech w Nowym Roku Wasze spojrzenie zaczarowuje rzeczywistość!




Małgorzata Sadowska
dziennikarka filmowa tygodnika "Newsweek"
Komentarze (1)
#FanPaniSadowskiej
01.08.2013, 14:46

Opinia o "Prometeuszu" zupełnie obiektywna moim zdaniem - kolonoskopia jest bardziej przyjemna niż ten film, a takie miałem oczekiwania...i jeszcze mają zamiar dwójkę robić...

Co do reszty filmów - różnie "Wstyd" nie jest taj udany moim zdaniem, za to "Elena" i "Mistrz" to ...mistrzowskie filmy 2012 nie był dla mnie jednak wybitny, zdecydowanie więcej działo się w innych działach kultury np. grach czy książkach. Póki co 2013 również nie zaskakuje, no może ogormną ilością blockbusterów - superbohaterowów 100 i gigantyczne roboty...

SPRAWDŹ TEŻ

31.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
16.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)