CO NOWEGO?

05.04.2016, Tomasz Lipiński
Znajomy z Katowic
W 1997 roku, gdzieś na granicy zimy z wiosną, chyba w marcu dostałem zadanie, którego autentycznie się przestraszyłem. Byłem jeszcze na studiach i w redakcji „Piłki Nożnej” pracowałem ledwie parę miesięcy w charakterze stażysty, kiedy miałem zrobić wywiad z Cesare Maldinim. Selekcjonerem reprezentacji Włoch, który akurat wizytował Śląsk przed meczem eliminacyjnym z Polską. Takie to jeszcze były czasy, że polskim standardom w Europie zbytnio się nie ufało, trzeba więc było przyjechać, zobaczyć na własne oczy i dopiero zaklepać. Maldini zawitał w towarzystwie asystenta Marco Tardellego. Obejrzeli Stadion Śląski, zatrzymali się w hotelu Warszawa (nie wiem, czy ciągle istnieje o tej nazwie), który później gościł „Azzurrich”. I tam miałem stawić się ja. Znałem miejsce i termin, wywiad był już umówiony. Tylko robić… Ale ja się strasznie denerwowałem. Byłem tak niepewny wszystkiego, że zupełnie nie wyobrażałem siebie w roli rozmawiającego z selekcjonerem. Tak, bardziej onieśmielało mnie stanowisko i ranga przepytywanego niż sama osoba, bo o Cesare aż tak dużo nie wiedziałem. Paolo to by była insza inszość.

Poza tym to miał być mój pierwszy wywiad zrobiony twarzą w twarz. Wcześniej pisywałem jakieś sprawozdania z meczów, reportaże, z kimś porozmawiałem przez telefon. Tak zdobywałem pierwsze szlify. Do Katowic ruszałem na pierwsze duże polowanie. Dzień przed spędziłem na układaniu pytań. Spisałem ich tyle, że starczyłoby na trzy wywiady, tak mi się wydawało. Z emocji kiepsko spałem i wcześnie rano wsiadłem do pociągu, by dotrzeć na 10. Pierwszy raz wylądowałem w Katowicach, gdzie pytając o drogę na piechotę dotarłem do hotelu. Nie było daleko. W holu już kręcili się goście z Włoch. Nagle wszystko stało się takie realne.

Miałem 24 lata, wyglądałem niepoważnie, ubrany też byłem raczej młodzieżowo i według zdecydowanie niewygórowanych gustów z lat 90-tych, a przede mną usiedli dystyngowany Cesare Maldini i Marco Tardelli. Ten drugi lekko znudzony. Na szczęście zareagowałem, jak na każdym ustnym egzaminie na uniwerku: przed duże nerwy i niepewność, a w momencie zdawania stres się ulotnił i w głowie robiło się jaśniej. Poszło o tyle gładko, że Maldini okazał się wspaniałym rozmówcą. Cierpliwym i wyrozumiałym. Ani jednym słowem i gestem nie dał poznać, że lekceważy takiego młokosa i że prawdopodobnie spodziewał się kogoś innego (we Włoszech przywilej rozmawiania z selekcjonerem należał raczej do starszyzny), że jakieś pytanie było infantylne lub zupełnie chybione. Ujął mnie serdecznością i dyspozycyjnością. Kiedy trzeba było zmienić stronę taśmy w dyktafonie (takie wtedy były w użyciu), to przerywał wywód i spokojnie czekał na wykonanie operacji (ale i tak popełniłem błąd w sztuce i końcówka wywiadu mi się nie nagrała). Wracałem do domu o 30 kilogramów lżejszy.

Rozmawiałem z nim jeszcze raz. Podczas mistrzostw Europy w Belgii i Holandii po jakimś meczu zobaczyłem go schodzącego z trybuny. Podszedłem i przypomniałem nasze spotkanie z Katowic. O dziwo rozpoznał mnie albo udał, w każdym razie zatrzymał się i odpowiedział na kilka pytań.

Miał we mnie oddanego kibica, co nie przysłaniało mi pewnej archaiczności jego futbolu. Defensywa i jeszcze raz defensywa. Teraz policzyłem, zerkając w stare roczniki, że na 20 meczów jego reprezentacja w 12 nie straciła gola. Odpadła z mistrzostw świata we Francji przez poprzeczkę Luigiego Di Biagio. Gdyby w ćwierćfinale lepiej wykonywała rzuty karne, to… Na pewno wiele razy na ten temat rozmyślał.

Lubił zachowawczość i przesadną ostrożność, ale jakby pomimo to odniósł wielkie zwycięstwa. Jako pierwszy i jedyny pokonał Anglię na Wembley, jako pierwszy i jedyny rozgromił w derbach Inter 6:0. W ten sposób rozbił jak taflę szkła obiecująco się zapowiadająca karierę trenerską Tardellego.

Na początku był dla mnie trenerem i ojcem Paolo. Później dowiedziałem, że w tej dalszej przeszłości role były inne: to Paolo był synem Cesare, szanowanego i charyzmatycznego obrońcy.

Spędziłem z nim co najwyżej półtorej godziny, ale ku mojej satysfakcji ci, którzy znali go latami, wspominali podobnie jak ja. Nie dający się nie lubić, otwarty i bezpośredni, z dużym poczuciem humoru i autoironiczny, bez zawiści i z przyjaźnią patrzący na młodszych. Stąd niepowtarzalne sukcesy z młodzieżówką Italii. Być może dlatego z mojego pierwszego wywiadu wyszedłem wzmocniony, a nie pokiereszowany. Wtedy strasznie się bałem, dziś wiem, że lepiej nie mogłem trafić.

Cesare Maldini zmarł w niedzielę, w wieku 84 lat.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)