CO NOWEGO?

18.07.2016, Tomasz Lipiński
Człowiek z zasadami
Na szkolnym korytarzu, jak to na przerwie, krzyki, gonitwa, nauczyciele przemykający do pokoju nauczycielskiego, i nagle w tym całym chaosie jednemu z chłopaków wymsknęły się zbyt głośne przekleństwa. Miał pecha. Przywołał go do siebie i do porządku pan z brodą i brzuszkiem, raczej poczciwy z wyglądu. Ależ go opieprzył! Na cały regulator, po żołniersku, nie przebierając w słowach. Tak że musiało zostać w pamięci i pójść w pięty. Takie moje wspomnienie sprzed bez mała trzydziestu lat przywołała wiadomość o śmierci Rudolfa Kapery.

Właśnie wtedy, to był chyba rok 1985, na szkolnym korytarzu ursynowskiej szkoły numer 309 jako uczeń szóstej klasy Go poznałem. I usłyszałem (gwoli wyjaśnienie, to nie ja byłem tym opieprzanym). Później poznałem lepiej. Na szczęście. Wprawdzie nie był wuefistą mojej klasy, ale organizował turnieje międzyklasowe na boisku i w hali. Sędziował nam mecze. Był nauczycielem, nie wiedziałem jeszcze, że znanym trenerem. Nauczycielem z pasją. Na tym rozkopanym przez budowane metro Ursynowie, w oddanej do połowy (druga była w budowie) i przepełnionej do granic możliwości szkole po prostu mu się chciało.

Wziął się za zorganizowanie klasy sportowej o profilu piłkarskim w roczniku 1974. Jak ja żałowałem, że urodziłem się o dwa lata za wcześnie. Dał je nazwę Nadzieje. Później wcielił ją do Agrykoli, gdzie również był trenerem. To niesamowite, jak z tej mojej podstawówki trafił do Legii. W 1985 roku sędziował finał na klepisku przy ulicy Wokalnej szósta H kontra szósta J (liczba klas kończyła się na K, czyli na jedenastu), a trzy lata później o mało z Legią nie wyeliminował Barcelony.

Z czasem przekonałem się, że w tym korytarzowym opieprzeniu kryło się dużo prawdy o nim. Jak ktoś mu podpadł, to stawał się groźny. Wygarniał wszystko, co myślał o delikwencie, a głos miał donośny. Wybuchał. Jednak żeby mu podpaść trzeba było być chamem, prostakiem, hipokrytą, oszustem, leniem. Wszyscy inni mieli w nim przyjaciela i sojusznika. Z zawodu był trenerem i nauczycielem, z powołania – wychowawcą. Kochał młodzież i jak mało kto wierzył w wychowanie przez sport. W 1993 roku na mojej ulicy założył Stowarzyszenie Edukacji Młodych Piłkarzy. W temacie szkółek piłkarskich przecierał ścieżkę, którą znacznie później poszło wielu.

Kiedy odwiedzałem rodziców w bloku na Koncertowej i przechodziłem obok boiska, to wiele razy natykałem się na Pana Rudolfa. Prawie zawsze zanim Go zobaczyłem, już słyszałem. Kiedy poszedłem do redakcji „Piłki Nożnej” starać się o pracę i usłyszałem, żebym wymyślił sobie temat i przyniósł do redakcji, to zwróciłem się do Pana Rudolfa, żeby opowiedział mi o SEMP-ie. Spotkaliśmy, się, napisałem, pracę dostałem.

Ostatni raz spotkaliśmy się dwa, może trzy lata temu u wyjścia z metra stacji Ursynów. Jak z młodszym synem w drodze do dziadków, On po gazetę. – Cześć, Tomek – przywitał mnie jak zwykle głośno i serdecznie. – Ja to już prawie w ogóle z domu nie wychodzę. Bo ludzie mnie denerwują – powiedział.

Nie sądzę, żeby powiedział całą prawdę. On ludzi, zwłaszcza młodych kochał, pragnął ich widzieć, spotykać się i służyć radą. Natomiast nienawidził zachowań i cech, które nas przesłoniły: pogoni za sukcesem i łatwym pieniądzem, chodzenia na skróty, egocentryzmu i egoizmu, chamstwa, obłudy.

W piątek odbył się pogrzeb Rudolfa Kapery. Każdemu życzę, aby na swojej drodze spotkał takiego wychowawcę. I nie został opieprzonym.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)