CO NOWEGO?

31.08.2016, Tomasz Lipiński
Awans i co dalej?
Cieszyć się czy płakać, gratulować czy współczuć? Z takimi reakcjami i uczuciami biłem się po histerycznym awansie Legii do Ligi Mistrzów. Jej gra z każdym z trzech rywali przyprawiała o mdłości na przemian z nerwowym śmiechem, który chciało się przerwać pytaniem: czy to dzieje się naprawdę? Czy rzeczywiście w takich kapciach można wejść na salony? To nawet nie Kopciuszek, ale maszkara jakaś. Toż to najsłabsza polska drużyna z tych, które przez 21 lat biły głową w mur. A jednak – na przekór sobie (to znaczy swoim umiejętnościom), naszym oczom, które widziały i wrażeniom, które temu towarzyszyły przebiła go. Grając piekielny futbol weszła do raju. I co teraz, oprócz pełnej kabzy oczywiście?

W poprzednim sezonie legijną, czyli mistrzowską ścieżką do Ligi Mistrzów trafiły: w kolejności alfabetycznej Astana, Bate, Dinamo Zagrzeb, Maccabi i Malmoe. W 30 meczach w sumie uciułały 15 punktów, na co złożyły się 3 zwycięstwa (Dinama nad Arsenalem 2:1, Malmoe nad Szachtarem 1:0 i Bate nad Romą 3:2) i 6 remisów. Porażki bywały różne, zazwyczaj dotkliwe i rzucające na łopatki – w sumie aż 10 różnicą co najmniej trzech goli i 18 razy do zera.

Cofam się do sezonu 2014-15 i w nim odnajduję: znów Apoel, Bate i Malmoe oraz Ludogorets i Maribor. Ich zbiory były bardzo podobne, bo 14 punktów i też ledwie 3 zwycięstwa. I też cała piątka z piłkarskiej prowincji zamiast sięgnąć gwiazd wylądowała na dnie swoich grup.

Ścieżka mistrzowska dla biedniejszej części Europy jest otwarta od sezonu 2009-10 i tylko 4 zespoły zawędrowały nią dalej niż do fazy grupowej. To Olympiakos w 2009-10, Kopenhaga w 2010-11, Apoel w 2011-12 i Celtic w 2012-13 dokonały tej nie lada sztuki. A wyjątkiem od reguły świecącym przykładem dla innych wcześniejszych i późniejszych chłopców do bicia okazał się cypryjski Apoel. Pięć lat temu z wielkim trudem wyeliminował Wisłę Kraków, strzelając decydującego gola w 87 minucie (0:1 w Krakowie i 3:1 w Nikozji). A później przez grupę z Szachtarem, Porto i Zenitem przeszedł jak burza. Co więcej w fazie pucharowej wyeliminował Lyon i już był w ćwierćfinale, gdzie z potęgą Realu już szans nie miał żadnych.

O wyjątku warto pamiętać, ale reguła jest regułą. Mistrzom z prowincji przypisane jest z góry 4 miejsce. Tylko 6 razy we wcześniejszych sezonach zdarzyło się, że wzlatywali stopień wyżej i grali dalej w Lidze Europejskiej. Po Legii tego pierwszego tak, a tego drugiego nie powinniśmy się spodziewać.

Natomiast coś mi się wydaje, że pamiętając o Robercie Lewandowskim i Grzegorzu Krychowiaku, Polakiem, który może w tym sezonie najdalej zajść w Lidze Mistrzów (półfinał, a może finał?) będzie Szymon Marciniak. Takim meczem jak w Rzymie nie buduje się swojej pozycji, bo tę już przecież ma, ale ją wzmacnia i pokazuje, że jest gotowym na wszystko i na każdy mecz. Odwaga, brak kompleksów, silna osobowość i nota 7 w La Gazzetta dello Sport (niespotykanie wysoka dla sędziego po meczu przegranym przez włoski klub) – gdyby legioniści potrafili mu dorównać...
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
18.08.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)