CO NOWEGO?

18.08.2016, Marcin Rosłoń
Wielka szóstka
Po pierwszej kolejce nowego sezonu mam murowaną pewność, na co lepiej wydawać forsę w Premier League. Na pytanie: „Wzmacniać obronę, czy za wszelką cenę stawiać na atak?” – może być tylko jedna odpowiedź. Strzelamy gole! Defensywy Arsenalu i Liverpoolu były na inaugurację dziurawe jak sito, dzięki czemu mieliśmy mnóstwo emocji, zawrotne tempo i piękne akcje w obu kierunkach. Mam więc w nosie czy kluby z mojej ukochanej ligi podbiją Europę, czy będą tam zdyscyplinowane taktycznie, postarają się skutecznie bronić i przeciwstawią się hiszpańskim potęgom. Wolę to nieokiełznane szaleństwo, które kończy się wynikiem 3:4, a człowiek stawia oczy w słup. Taki spektakl aż chce się oglądać, bo takie mecze wciskają w fotele, o nich mówi się na drugi, piąty, dwunasty dzień.

Wielka Szóstka, czyli Wenger, Ranieri, Conte, Mourinho, Guardiola i Klopp będą mogli się wykazać jak nigdy wcześniej w swoim trenerskim życiu. Najłatwiejsze pozornie zadanie mają Antonio Conte i Jurgen Klopp. Były selekcjoner Azzurich musi poderwać do jeszcze jednego szturmu zgrany – na razie w obu kontekstach – zespół. Tu potrzeba charyzmy i szlifu, nie żadnego budowania fundamentów czy pracy u podstaw. Trochę jak kilka sezonów temu z Carlo Ancelottim, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienił The Blues. Antonio Conte to inna bajka niż jego rodak, który prowadzi teraz Bayern. Conte swoim entuzjazmem może obdzielić pół ligi. To niezbędna cecha dla jego doświadczonych, utytułowanych piłkarzy. Ten zaraźliwy, niecierpiący sprzeciwu, poparty pracowitością entuzjazm. Sam Antonio Conte to wybitny spec od wygrywania, co potwierdził hattrickiem z Juventusem w Serie A.

Jurgen Klopp poznał już wszystkie zasady zabawy w Premier League. Wie już dokładnie, jak smakują efektowne zwycięstwa nad tuzami, przyprawione dziegciem po wpadkach z drużynami walczącymi o przetrwanie. Brak powtarzalności i wielkie wahania jakości gry, to były największe bolączki The Reds. Naprzemienne porywy i łamanie czerwonych serc. Start nowego sezonu może szybko zweryfikować wyczekiwaną poprawę. Już w sobotę dowiemy się, jak po triumfie nad Kanonierami Liverpoolczycy wypadną na Turf Moor. To będzie pierwszy taki test dla Jurgena Kloppa. Wielki mecz, a po nim słabszy rywal i planowe zwycięstwo – tak powinien wyglądać krótkoterminowy „gryplan” na Anfield. Idzie szkoła, więc trochę jak z lekturami. Jedne połyka się z wypiekami na twarzy, inne trzeba zwyczajnie zaliczyć. Niepokojące są problemy zdrowotne Sadio Mane. Senegalczyk w północnym Londynie zagrał koncertowo, ciągnął ofensywę The Reds, wypadł jednak z kina akcji i do końca roku nie weźmie ciężaru gry na swoje… barki. Największą siłą Liverpoolu miała być właśnie druga linia. Czy nadal będzie?

Arsene Wenger znów zaczyna sezon od porażki. Przetrzebiona kontuzjami obrona wypadła kiepsko, ale jej eksperymentalne ustawienie jest w pewnym sensie doskonałą wymówką. Na mecz wagi ciężkiej w Leicester musi wrócić do niej Laurent Koscielny, bo bez niego ani rusz. Wtedy środek obrony z Calumem Chambersem może wyglądać całkiem przyzwoicie. Na Vardy’ego potrzeba szybkości i przewidywania, Anglikowi tym razem noga nie zadrży. Wyprawa na King Power Stadium będzie niemal kopią wyzwania sprzed roku. Po przegranej inauguracji Kanonierzy muszą odbić to sobie na wyjeździe. Tylko, że wtedy były derby z Crystal Palace, a teraz starcie ze zranionym mistrzem Anglii. Zespół w trybie pilnym muszą wzmocnić Mesut Ozil i Olivier Giroud. Niemiec i Francuz wypoczęli po Euro 2016, czas na wsparcie klubu. Arsene Wenger znów miota się na rynku transferowym, choć brak zrozumienia dla zawrotnych, ponad stumilionowych kwot transferowych za wielkie nazwiska brzmi rozsądnie. Wenger przewiduje, że będą padać kolejne granice sum odstępnego, że kopalnie złota nie mają dna. Zgadzam się z nim w pełni, że to zły, nieodwracalny kierunek.

Claudio Ranieri i jego Lisy muszą potwierdzić swoją zdobycz. Z King Power Stadium docierają dobre wiadomości – Riyad Mahrez podpisał nowy 4-letni kontrakt. Claudio Ranieri może stać się wrogiem samego siebie. Tak długo czekał w karierze trenerskiej na mistrzostwo, wreszcie udało się niespodziewanie w Premier League. Nie z najlepszymi piłkarzami świata, ale ze zgraną paczką zawodników, którzy wypalili w jednym momencie. Tak spektakularny sukces potrafi nasycić, zwłaszcza wtedy, gdy nie było się i nigdy nie będzie bitym faworytem. Leicester zagrało na maksimum swoich możliwości, wszyscy obawiają się, że zabraknie rezerw, by wycisnąć więcej. Pozostaje otwarte pytanie, czy samo podtrzymanie poziomu może wystarczyć do sukcesu w tym sezonie? Trzeba skutecznie bronić i z polotem równie skutecznie kontrować. Proste, idealnie wpisujące się w sposób gry Lisów. Do tego jednak dojdzie łączenie Ligi Mistrzów z rozgrywkami krajowymi. Przed Lisami piękna przygoda i co jest niewątpliwie ich atutem – brak wielkiej presji na obronę tytułu. Jak się uda, to pięknie, bajka, marzenie. Ale ten sukces nasycił również fanów. Nikt nie będzie psioczył na zespół, jeśli ucieknie nawet Wielka Czwórka. Bo kto o niej marzył przed rokiem? Nikt. Ranieri ma więc przed sobą piekielnie trudne zadanie i zarazem prostą historią do przeżycia. Leicester City to nie jest mistrz, który dźwiga brzemię niepokonanego zwycięzcy. To ekipa, która na pełnym luzie może zaskoczyć jeszcze raz.

Jose Mourinho i Pep Guardiola w jednym mieście, to brzmi i wygląda na nadchodzące futbolowe trzęsienie ziemi. Na razie ruchy sejsmiczne są niegroźne dla otoczenia, ale czuć pod stopami oraz w powietrzu lekkie wibracje pomiędzy Old Trafford a Etihad Stadium. Energia gromadzi się i wzmaga obawę, że wybuchnie gorącą lawą prędzej czy później. Portugalczyk ma nieco łatwiej. Zbudował w okamgnieniu typowy samograj. Powstał on błyskawicznie właśnie dzięki fortunie, wytykanej palcem przez Arsene Wengera i krytykowanej, wcale nie tak dawno, przez sir Alexa Fergusona. Pozornie to przepis na sukces, który trudno zepsuć w pierwszym sezonie. Konkurencja w szatni United jest olbrzymia, w ataku nieobliczalny, genialny Zlatan, wystarczy wykrzesać coś magicznego z Wayne’a Rooney’a, dać Paulowi Pogbie wolną rękę w kreacji i misja powinna się powieść. Ale w City też poruszenie ziemi. Nie tylko dlatego, że Joe Hart na ławce, a Yaya Toure na trybunach. Pep Guardiola znów dąży do perfekcji, która nie zna granic. Wibracje będą nasilać się w hrabstwie Greater Manchester z każdym tygodniem. Fala sejsmiczna będzie nabierać mocy i rozpędu.

Wielka Szóstka będzie coraz mocniej odkrywać karty z każdym tygodniem. Przyjdzie czas na przebijanie, blef, czekanie i sprawdzanie. Zobaczymy, kto spasuje jako pierwszy. Ten sezon zapowiada się niesamowicie. Jakbym to już kiedyś słyszał, jakbym to już kiedyś mówił… Wypada nam sobie powinszować, że kochamy Premier League. Mamy klawo jak cholera!
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)