CO NOWEGO?

09.11.2016, Marcin Rosłoń
Nowa stara jakość
Wszystko już chyba było grane w futbolu. Gra trójką z tyłu również. Nagle jednak ustawienie trzech środkowych obrońców i puszczenie luzem na skrzydłach dwójki wahadłowych zaczęło podbijać angielskie boiska. To oczywiście kolejna z modyfikacji ustawienia sprzed lat. Ale jak to w piłce – jedni radzą sobie w nowym schemacie lepiej, inni gorzej. Najlepiej na razie gra trzema obrońcami działa w drużynie Antonio Conte. Chelsea odpaliła i na razie nie ma na nią mocnych. Tottenham też może postawić duży plus przy zmianie ustawienia na 179. derby północnego Londynu.

Pamiętam czasy, gdy grało się ze stoperem i forstoperem oraz dwójką kryjących obrońców. Klasyczny system 3-4-3. Byłem libero drugiej linii, za plecami miałem asekurację, przed sobą kreatywnych pomocników, a do moich zadań należało krycie środkowego napastnika rywali. Wtedy w ataku też panował inny układ: prawoskrzydłowy, środowy i lewy napastnik (w sumie podobnie jak teraz w Chelsea Hazard – Costa – Pedro). Kryjący mieli być jak rzepy, gdy się uczepią, to nie odpuszczą ani na krok. System ewoluował, żeby nie tracić piłkarzy i czasu tylko na plastrowanie, ale by zaangażować jak największą liczbę zawodników w atakowanie. No i bronienie, nie na darmo przecież mówi się, że napastnik jest pierwszym obrońcą zespołu. Akurat w Chelsea Antonio Conte widać to jak na dłoni, bo Diego Costa zasuwa w tym sezonie aż miło w obu kierunkach. Naciera na defensywę przeciwników, szachuje ich przy rozegraniu piłki, nieustannie wywiera presję. Innym łatwiej. Ale i oni wspierają napastnika, bo para nie idzie w gwizdek. Doskok jest zsynchronizowany, ruszają do przodu wszyscy, od Costy po Davida Luiza. Oczywiście nie na hura, ale w granicach wyznaczonych stref. To ryzykowna zabawa, ale przejęcie piłki następuje najczęściej blisko bramki przeciwnika, stąd gra jest warta świeczki. Oczywiście w przypadku pomyłki, trzeba gonić pod własne pole karne ile pary w płucach i mięśniach.

Bez względu na strategię, ustawienie, przetasowania w formacjach, wszyscy na boisku byli, są i będą od siebie zależni, bo najważniejsza jest realizacja założeń w odpowiednim miejscu i czasie. Antonio Conte zaryzykował przemeblowanie zespołu po laniu od Arsenalu, gdy jego zespół wypadł blado na tle lokalnego rywala. W dopracowaniu sposobu i jakości gry pomogły także sprzyjające okoliczności. The Blues perfekcyjnie wykorzystali dłuższe mikrocykle treningowe, żeby dopracować szczegóły. W nich przecież tkwi diabeł, niekoniecznie czerwony (choć nieustanne zmiany linii obrony i pomocy u Jose Mourinho na pewno nie stabilizują formy United i mają wpływ na wyniki). Brak europejskich pucharów to może być wielki, nieoceniony atut w rozgrywce o tytuł mistrza Anglii – patrz Chelsea i Liverpool.

Antonio Conte niesamowicie pomaga przy linii bocznej. Tu nawet nie chodzi o przekazywanie uwag, bo zdania wielokrotnie złożone zostaną poszatkowane tempem akcji i dopingiem kilkudziesięciu tysięcy kibiców, ale o nieustającą aktywność Włocha. Pojedyncze okrzyki, wskazania, energiczne gesty i komendy docierają do jego piłkarzy, a nade wszystko nie pozwalają im się zatrzymywać w pressingu, obronie, przesuwaniu w poszczególnych formacjach. To są impulsy, które trafiają w punkt, podrywają do walki. Bo skoro menedżer się nie oszczędza – ani gardła, ani serca – to nie wypada zawieszać się na placu gry, wyłączać z akcji nawet na sekundę. To również przesłanie do kibiców, że przy prowadzeniu 2:0 nie będzie odpuszczania, ale dalsze dążenie do strzelania goli. One w Premier League są na wagę złota, tym bardziej w tak szalonym sezonie jak bieżący. Antonio Conte wygląda na faceta, który nie cierpi sprzeciwu, ale w jakiś pozytywny sposób, bo na jego twarzy ciągle maluje się połączenie szaleństwa, ekscytacji, euforii i pasji, w ruchach kipi czysta energia, nie ma żadnych ostentacyjnych gestów. Włoski menedżer porywa zawodników i trybuny. Nawet David Luiz czuje, że nie ma miejsca i czasu na wygłupy, błędy, straty. A pozycję zajmuje bardzo odpowiedzialną. Jak on się machnie, to za plecami zostanie tylko bramkarz.

Brazylijczyk w środku obrony ma jednak mocną obstawę. Po bokach Gary Cahill i harujący za dwóch Cesar Azpilicueta. Przed nim N’Golo Kante i Nemanja Matić, za plecami Thibaut Courtois. Wszyscy mogą w pełni oddać się podstawowym obowiązkom, a robotę na skrzydłach zostawić Victorowi Mosesowi i Marcosowi Alonso. Do tego ofensywna, szybka trójka – Eden Hazard, Diego Costa i Pedro. To bardzo dobre wyważenie proporcji w atakowaniu i bronieniu oraz bardzo jasne przypisanie zadań poszczególnym zawodnikom. Co nie znaczy, że ustawienie preferowane przez Włocha jest lepsze niż gra czwórką obrońców – patrz Liverpool. W Chelsea to po prostu działa na medal, ale znakomicie wiemy, że za każdym systemem stoją ludzie. Ciekawe jak The Blues zareagują na stratę gola, gdy trzeba będzie gonić wynik, a nie uciekać. Na razie jest świetna seria zwycięstw bez utraty gola. I wydaje się po meczu z Evertonem, że ponownie było lepiej niż przed tygodniem, że był postęp w grze, nie suchym wyniku. Conte szlifuje więc swój system gry i doprowadza go perfekcji, choć jak dobrze wiemy, droga do niej nie ma końca. Włoch zależy od ludzi, których ma w szatni. Od ich formy, stanu zdrowia, nastroju, zrozumienia, współpracy. Na razie perfekcyjnie ich łączy. Nie wiadomo czy The Blues byliby tak wysoko w tabeli, gdyby Antonio Conte wbił się w fotel i tylko czekał na przerwę, żeby w niej wybuchnąć niczym wulkan. Podoba mi się na pewno, że po nieudanym strzale czy zmarnowanej setce dominuje u Włocha pozytywna ekspresja, brak w emocjach i reakcjach menedżera Chelsea wzdychania, kręcenia głową, jakiegokolwiek przejawu krytyki piłkarzy słowem, miną lub gestem.

W derbach północnego Londynu Mauricio Pochettino również zagrał trzema środkowymi obrońcami. Od prawej Eric Dier, Kevin Wimmer i Jan Verthongen, a na bokach szarpali w obu kierunkach Danny Rose i Kyle Walker. Dla nich to była świetna okazja, żeby zrzucić trochę balastu związanego w nieustannym myśleniem o obronie, o powrocie do strefy, szansa na atakowanie razem w jednej akcji i stwarzanie w ten sposób przewagi liczebnej. Ta zagrywka sprawdziła się na The Emirates podwójnie, ponieważ Mauricio Pochettino chciał odepchnąć grę obu drużyn od własnego pola karnego, wypracować więcej sytuacji pod bramką Petra Cecha. Para napastników – Son i Harry Kane oraz aktywni bardziej niż zwykle wahadłowi, sprawili Kanonierom sporo problemów. Obstawiam, że z samotnym Harrym Kanem na szpicy, Koguty musiałyby się bronić bliżej własnej bramki, co w rywalizacji z Arsenalem przeważnie słono kosztuje.

Szykuje się niesamowity sezon Premier League. Na razie jednak na czele tabeli jest Liverpool, który choć popełnia sporo błędów w czteroosobowym bloku obronnym, potrafi zaszaleć w ataku. Chelsea wykorzystała potknięcia City i Arsenalu, wskoczyła na pozycję wicelidera. Tottenham nadal pozostaje jedynym zespołem bez porażki, ale z przewagą remisów nad wygranymi, poza tym od dawna bez trafienia z gry, bo królują gole z jedenastek. Do czołówki doskoczyli United, Wayne Rooney świetnie zagrał od pierwszej minuty na Liberty Stadium. A już za dwa tygodnie starcie Czerwonych Diabłów z Arsenalem na Old Trafford. Jose Mourinho kontra Arsene Wenger. Choć brak Zlatana Ibrahimovicia odbiera trochę smaku tej rywalizacji. Może znów wystrzeli Marcus Rashford? Nie mogę się doczekać. To tylko dwa tygodnie, szybko minie, daję słowo!
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)
18.08.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)