CO NOWEGO?

21.08.2017, Małgorzata Sadowska
Złe wychowanie, czyli "Dirty Dancing"
Tamtych kilka lat, które jak później się okazuje, ważą na całym naszym życiu, spędziłam w średniej wielkości mieście. “Nie truj, stary” - prowokowała gdzieś na świecie patriarchat Madonna, podczas gdy na polskich ulicach ciągle ganiali się chłopcy: skini polujący na nażelowanych “Depeszów”. Rysiek Riedel jeszcze występował z Dżemem, ale nie pamiętał słów “Detoksu” i tylko chwiał się na krawędzi sceny, zapowiadając niejako swój rychły upadek. Jeszcze wydawałam kieszonkowe na kakaowe groszki, już zaciągnęłam się marihuaną. Dostałam pierwsze (i ostatnie) dżinsy z Peweksu, a do szkół wróciła religia. Lecz ksiądz z gitarą nie był dla mnie parą; miałam już wtedy inną religię.

Z nastoletnimi przyjaciółkami wyznawałyśmy kult “Wirującego seksu” (bo taki polski tytuł nosił “Dirty Dancing”), odtwarzanego raz po raz ze zjechanej kasety wideo. Żadnego innego filmu nie widziałam tyle razy i chyba żaden inny nie został przeze mnie wchłonięty równie bezkrytycznie. Ale dopiero teraz, trzydzieści lat po premierze (miała miejsce w 1987 roku) i przy okazji premiery opartego na tamtej historii serialu (w CANAL+ premierowo 21 sierpnia) rozumiem powody swojego odurzenia. I myślę, że w sumie miałyśmy szczęście, że w tej “nowej” Polsce, której świadomość zaczynały już kształtować nie tylko stare, ale wręcz zjełczałe katolicko-narodowe fantazje ZCHN-u; naszej inicjacji w dorosłość patronowali Jennifer Grey i Patrick Swayze. Podczas gdy co wieczór zasiadałyśmy wokół telewizora, gapiąc się w niego, jak w ognisko, bohaterowie tanecznym krokiem wprowadzali nas w kwestie aborcji (dowodząc, jak okrutne jest jej zakazywanie), różnic klasowych i rasowych (opowiadając się po stronie równości), a przede wszystkim seksu (przekonując, że to coś w sam raz dla grzecznych dziewczynek).

Zdziwiłam się, powróciwszy dziś do “Dirty Dancing” (tym razem odtwarzanego ze starej płyty DVD), jak postępowy w gruncie rzeczy był to film, przede wszystkim dlatego, że godził to, co kultura każe rozdzielić, by móc kontrolować nasze ciała. Albo więc jesteś mądra, albo puszczalska. Albo niewinna, albo zepsuta. Albo zostaniesz córeczką tatusia, albo zlądujesz u boku podejrzanego kochasia, pozbawiona ochrony i opieki. Dojrzewanie to uczyniony tacie afront; zdrada, jakiej nie powinna dopuścić się żadna dziewczynka. Tymczasem “Baby” (Grey) uczyła nas, że można mieć to wszystko: być mądrą, ambitną dziewczyną, która idzie do łóżka z chłopakiem kiedy sama uzna, że ma na to ochotę. Ba, w “Dirty Dancing” inicjacja seksualna jest po prostu przyjemna. Film Emile’a Ardolino (możecie go jeszcze kojarzyć jako reżysera “Zakonnicy w przebraniu”) w ogóle przypomina, jak progresywny bywał kiedyś mainstream: obiektem seksualnym nie jest w “Wirującym seksie” dziewczyna, lecz chłopak. To po jego półnagim, umięśnionym ciele ślizga się kamera, to jego uwodzi “Baby”, kiedy ma na to ochotę. To jej (i nas, kobiet przed ekranami) przyjemność jest w centrum całej opowieści.

Jej akcja rozgrywa się w 1963 roku, gdy pojawiają się w Ameryce pierwsze symptomy rewolucji obyczajowej, ale premiera przypadła na schyłek lat 80.; i to nimi w ogromnym stopniu rezonuje “Dirty Dancing”, choć liberalizm, jakiego jest wyrazem też ma swoje ograniczenia: śmiała seksualna emancypacja, której kibicujemy, zarezerwowana jest tu bowiem dla zamożnej, wykształconej dziewczyny z wyższej klasy średniej. Wzbierająca w latach 80. tzw. “trzecia fala’ feminizmu już wkrótce zmiecie to doskonałe samopoczucie, jakim emanuje bohaterka Jennifer Gray, upominając się o osoby o wiele mniej uprzywilejowane.

No ale dla młodziutkich Polek, których dorastaniu wtórowało “Abba ojcze”, i którym kazano na lekcjach biologii w publicznym liceum oglądać słynny antyaborcyjny hit “Niemy krzyk”, było aż nadto progresywnie. Oglądałyśmy więc i tańczyłyśmy, lądując na podłodze za każdym razem, gdy próbowałyśmy słynną scenę z jeziora. Tańczyłyśmy i oglądałyśmy. Na pohybel rodzicom, wychowawcom, księżom. Bawiłyśmy się świetnie, byłyśmy razem - i to także zasługa “Dirty Dancing”, filmu na swój sposób pokoleniowego. Na pewno dla kobiet, które razem z nim dorastały. Ale przecież właścicielką zjechanej kopii VHS i uczestniczką naszych seansów była jedna z nauczycielek. Widocznie jej też marzyło się złe wychowanie.

Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

13.11.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
06.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
02.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
02.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
21.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
07.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)