CO NOWEGO?

22.12.2016, Małgorzata Sadowska
"Wojna" już tu jest
"Problem z Wietnamem polegał na tym, że wracało stamtąd nie tylko twoje ciało, ale i twój umysł" - mówił po wielu latach od zakończenia tamtej wojny Michael Herr, dziennikarz, scenarzysta, korespondent wojenny, choć opisał tylko jedną wojnę - właśnie Wietnamską. Za to jak! Jego "Depesze", jeden z najważniejszych reportaży literackich, opowieść o roku spędzonym w okopach, sajgońskich barach, w dżungli i na polach bitew właśnie ukazały się w Polsce. W opisie Herra wojna jest rodzajem narkotykowego tripu do muzyki Jimiego Hendrixa, doświadczeniem wręcz fizjologicznym. Jest zatłoczona, jest ekstremalna, jest potwornie głośna.

Herr nigdy więcej nie wrócił do Wietnamu, ani nie dał się namówić na zrelacjonowanie żadnego innego konfliktu zbrojnego (dał się jednak namówić Kubrickowi i Coppoli na współpracę scenariuszową przy "Full Metal Jacket" i "Czasie Apokalipsy"). Odchorował wojnę (depresja), uznał też, że posiadł wystarczającą wiedzę o najgorszych i najlepszych (sic!) jej stronach. “Nic nie jest w stanie dać ci takiego rzutu adrenaliny - opowiadał w 2000 roku innemu wybitnemu reporterowi, Edowi Vulliamy’emu (autor "Ameksyki"). - Cieszę się, że to poznałem, bo teraz wiem, jak unikać takiego poziomu dramatu”.

Piszę tu o "Depeszach", bo tak się składa, że odłożyłam je na półkę tuż przed obejrzeniem filmu "Wojna" Tobiasa Lindholma, filmu, który zobaczycie właśnie w CANAL+. To sąsiedztwo okazało się niezwykłe, bo film Lindholma w zestawieniu z "Depeszami" (czy choćby "Czasem Apokalipsy") jest jak monodram przy spektaklu operowym: kameralny, cichy. Napięty jak struna, ale chodzi o ten rodzaj napięcia, które wędruje pod skórą, czyniąc nieznośną każdą minutę - niezależnie od tego czy jesteś w samym środku bezładnej strzelaniny, czy nudzisz się w bazie, czy siedzisz na tarasie własnego mieszkania po powrocie z frontu. Tutaj wojna jest wirusem, który raz dostawszy się do twojego - ale i szerzej: społecznego - organizmu, pozostanie w nim na zawsze, niepostrzeżenie zarażając nawet tych, których stopa nie stanęła na froncie. Tu nie ma niewinnych. Każdy będzie ofiarą.

Styl filmu Lindholma wydaje się zerowy, ot mały wojenny realizm: kamera chwyta życie niedużej duńskiej jednostki stacjonującej gdzieś w Afganistanie. Ich zadaniem jest walka z Talibami, której propagandowa część polega na wspieraniu cywili, miejscowych wieśniaków ("Powiedzcie nam, gdzie są Talibowie, to wykopiemy wam studnię"), tak by sprzyjali koalicji. Nie ma tu opisywanych przez Herra wielkich ofensyw, oblężonych twierdz, spektakularnych bitew, pożerających okolicę płomieni, usłanych trupami pól i dróg. Rzecz cała zaczyna się wprawdzie od śmierci żołnierza, który nadepnął na minę, ale całe to zdarzenie wydaje się absurdalne i przerażające w swoim jednostkowym, a nie masowym wymiarze. Podobnie ma się rzecz w scenie, w której koledzy zabitego odchodzą do trupa zastrzelonego przez ich snajpera Afgańczyka. Nad jego ciałem wybuchają śmiechem: ulgi, ale przede wszystkim rozładowanego na chwilę koszmarnego napięcia.

Równolegle prowadzi reżyser wątek duński: opowiada o rodzinie dowódcy wspomnianej jednostki, Clausa (Pilou Asbæk). I tu niby nic specjalnego się nie dzieje, ale scena po scenie odkrywamy, że wojna dotarła także na pozornie bezpieczny skrawek państwa duńskiego. Żona Clausa (Tuva Novotny) przestaje sobie radzić z małymi dziećmi, czuje się coraz bardziej opuszczona i bezradna. Oba, pozornie odległe wątki splotą się nagle w jeden w momencie, gdy Claus oskarżony zostanie o zbrodnię wojenną (nie powiem nic więcej, żeby uniknąć spoilerów). W historię zamieszana jest pewna wiejska afgańska rodzina, na swój sposób będąca lustrzanym odbiciem duńskiej rodziny żołnierza. Nakładając na siebie pozornie odległe rzeczywistości Danii i Afganistanu (jakże wygodnie jest nam myśleć, że te konflikty nas nie dotyczą z racji odległości!), w swoim pozornie przezroczystym filmie Lindholm uzyskuje zaskakującą wielowymiarowość i głębię.

Jego wojna jest niemal niewidzialna, ale równie zabójcza, jak ta spektakularna wietnamska, opisywana przez Herra. Proces Clausa łączy wątki obu rodzin, sprowadza Afganistan do domu dowódcy, jak bumerang wraca z nim do kraju sama wojna, by i tu niszczyć życie cywili. Niepozorna na pierwszy rzut oka narracja ugina się pod ciężarem rosnącego napięcia, tak jak Claus ugina się pod ciężarem własnych tragicznych wyborów i odpowiedzialności, której żaden wyrok już z niego nie zdejmie. Lindholm w fantastyczny sposób dotyka tematu brudnych sumień - nie po to, by oceniać, skazywać i wytykać palcem; lecz by dać do zrozumienia, że wojna to to także konflikt wewnętrzny. To plamy, których ni da się zmyć.

"Z zewnątrz wojna to zdarzenie polityczne, od środka - głęboko ludzkie. I pozostaje takim, kiedy jego polityczny wymiar przestaje już mieć znaczenie" - mówił w jednym z wywiadów Michael Herr, a ostatnie sceny filmu Lindholma doskonale pokazują to, co "zarażony" wojną dziennikarz miał na myśli.


Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

28.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
25.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
14.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
20.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
05.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
03.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)