CO NOWEGO?

27.11.2016, Małgorzata Sadowska
Ponury i piękny jak "Makbet"
Grudzień. Miesiąc, który jest za karę. Pierwszą rzeczą, jaką pragniesz zrobić wstawszy z łóżka, to do niego natychmiast wrócić. W oparach sinego z zimna powietrza wirują farfocle mokrego śniegu i nie bardzo wiadomo, czy jeszcze jest ciemno, czy już jest ciemno. “Pierwszy raz widzę dzień tak ponury i piękny” - zachwyciłby się tan Kawdoru, wyglądając przez moje okno o 8 rano. Cóż, pogodę mamy zaiste szekspirowską. Dokładnie jak z kurzelowskiego “Makbeta”, słusznie emitowanego w CANAL+ w te brejowate dni. Autorem zdjęć owej luźnej adaptacji słynnej sztuki jest Adam Arkapaw, który wyspecjalizował się w niewesołych historiach pokroju “Królestwa zwierząt” (2010) tudzież “Światła między oceanami”, które dopiero co miało swoją kinową premierę. W jego obiektywie zimowe szkockie pejzaże to włości pani śmierci, a nie wykrwawiających się tu dla władzy śmiesznych ludzi.

Spowite kokonem mgieł surowe wzgórza, ciemne bory, gnijące trawy, oblizujące wybrzeże zimnym językiem morskie fale - Arkapaw nie tyle filmuje, co z pasją odmalowuje ponurą urodę świata, w jakim rozgrywa się akcja filmu.

Natura pełni tu zresztą podwójną rolę: czyni życie niebywale trudnym, oswaja z okrucieństwem, jakoś też do niego namawia. Ale ja sama skłaniam się ku myśli, iż mamy do czynienia z pejzażem wewnętrznym, pejzażem żałoby - pierwsza scena “Makbeta” pokazuje nam bowiem tytułowego bohatera (gra go Michael Fassbender) i jego żonę (Marion Cotillard) grzebiących swoje małe dziecko. Cała reszta to konsekwencja owej tragedii - nieobecnej u Szekspira, lecz stworzonej przez twórców filmu jako alibi dla czynów dokonanych przez jedną z najbardziej zbrodniczych par w dziejach literatury. Makbet i Lady Makbet nie walczą więc o władzę dla samej władzy - ma ona nadać ich życiu nowy cel, wypełnić pustkę, może też pozwolić na odwet na niesprawiedliwym świecie.

Nie wiem, czy to właściwe słowo, lecz “Makbet” Justina Kurzela jest szalenie mięsisty, jest jak ciało - pokryte bliznami, czasem blade i nagie, czasem pulsujące od krwi i rozpalone gorączką, zawsze podatne na zranienie. Jednak nie wszystkie rany się goją - i o tym jest właśnie owa dialogująca z Szekspirem opowieść.

Dialogująca szeptem dodajmy - sugerującym wyczerpanie udręczonych bohaterów: i to psychiczne, i to fizyczne, wywołane brakiem snu, powodującym z kolei zatarcie granicy między majakiem, a rzeczywistością. Film chwyta właśnie taki stan skrajnego zmęczenia, za sprawą którego wyjątkowo oszczędni w gestach (i dobrze!) Cotillard i Fassbender zdają się być parą zombie. Taką interpretację wspiera monotonna, transowa niemal muzyka, która jest jak natrętna, dręcząca myśl.

Ale “Makbet” frapująco dotyka jeszcze jednego wątku: z wszystkich tych mgieł i oparów co i rusz wynurzają się dzieci: niektóre wciąż żywe, inne martwe, a jeszcze inne świadkujące śmierci czy zaglądające jej właśnie w oczy. Kurzel, który nakręcił film, będąc w żałobie po stracie ojca, medytuje tu nad śmiertelnym dziedzictwem, jakie dostajemy w momencie narodzin, ale także nad szczególnym charakterem ojcowsko-synowskich więzi. O cieniu, jaki na synów rzucają ojcowie, o grzechach, jakie zostawiają im w spadku, o przemocy, jako jednej z kluczowych kategorii męskości. O wszystkim tym, co dziedziczy się “po mieczu”.

“Gorący uczynek studzę zbyt zimnym słowem” - mówi Makbet i jest to doskonała definicja jednego ze sposobów przeżywania męskości. Tej porywczej w gestach, lecz niezmiernie powściągliwej, gdy idzie o rozmowę o znaczeniu owych gestów. Podobna myśl przyświeca samemu filmowi, gdzie gorącym uczynkom towarzyszy szept, gdzie przemoc ukryć ma cierpienie. Na swój sposób “Makbet” Kurzela jest historią samobójstwa (martwy bohater przypomina w finale zgiętego wpół samuraja, który właśnie popełnił harakiri), opowieścią o gwałcie zadanym przede wszystkim sobie. O pragnieniu samounicestwienia - i jego spełnieniu. Co wydaje się niezwykłe, to fakt, że i sam film sprawia wrażenie, jakby się w ostatnich scenach samounicestwiał, płonął, spopielał, znikał. A może to tylko okrutny filtr grudnia każe mi tak bardzo skupiać się na zakończeniu? A gdyby rok 2016 był filmem - jak powinie się skończyć? Happy endem? Pożogą? Strzałem? Pocałunkiem? Widokiem odjeżdżającego auta? Pożerającą wszystko mgłą, jak w "Makbecie"? No sami powiedzcie - jak?

Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

21.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
07.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
25.06.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
26.05.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
22.05.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
25.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)