CO NOWEGO?

05.03.2017, Małgorzata Sadowska
Zabić księdza, czyli "Pokot"
Wysoki sądzie, przyznaję: biłam brawo, kiedy trzy dziewczyny masakrowały twarz kierowcy czarnego chevroleta w “Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino. Wznosiłam także triumfalne okrzyki, gdy morderca kobiet zaliczał kolejne prawe i lewe sierpowe, a krew z jego rozbitej szczęki bryzgała wokół i krzepła w stop-klatkach. Po tym, jak kaskader Mike padł na asfalt powalony celnym kopniakiem, aż podskoczyłam z radości - dokładnie tak, tak jak trzy bohaterki w ostatniej scenie “Deathproof”. Tym filmem Tarantino pozwolił nam, dziewczynom, wziąć odwet na mizoginicznym kinie klasy B, które budowało swoją popularność na obrazach poniżanych, gwałconych, więzionych (także w seksistowskich stereotypach) kobiet. Wystarczyło zamienić role, w starą konwencję włożyć nowe treści i dokonał się akt kinowej, dziejowej sprawiedliwości. Tarantino podobnych zabiegów użył zresztą w “Bękartach wojny” czy “Django”, gdzie odwracając bieg historii pozwala odnieść zwycięstwo tym, którzy w rzeczywistości byli ofiarami. Ma to w sobie coś z dziecięcej złości i fantazji o zemście na złych ludziach, z intuicyjnej niezgody na niesprawiedliwość. Doświadczyło jej pewnie wielu z was, nie tylko roniąc łzy nad losem Indian z powieści, ale i marząc przy tym skrycie, żeby wszyscy podli biali spłonęli w męczarniach w tych swoich fortach postawionych na skradzionej ziemi. Ja w każdym bądź razie wysoki sądzie, bardzo im okrutnej śmierci życzyłam.

Piszę o tym wszystkim, żeby było jasne dlaczego uważam “Pokot” Agnieszki Holland za film ze wszech miar tarantinowski. Dlatego właśnie, że pozwala sobie na wściekłość, że jest katarktycznym aktem kinowego - ale i co szczególnie istotne: kobiecego - odwetu. I że nie jest w tym poprawny. Nie, nie wystarczy “żebym była miła”, jak śpiewała onegdaj Krystyna Janda. Miła to Holland była robiąc “W ciemności”, film owszem gorzki, ale jednak usilnie starający się rozłożyć racje, niosący uniwersalizujące przesłanie o złych, wśród których byli dobrzy; i ofiarach, które były tylko ludźmi. “Pokot” wydaje mi się na swój sposób rewersem “W ciemności”, a może jego dopowiedzeniem. Na pewno zawraca bieg historii - tej toczącej się na naszych oczach, i tej odległej.

Postać Janiny Duszejko (Agnieszka Mandat) nie tylko czyni widzialną postać dojrzałej kobiety (dodatkowo za sprawą kolorowych strojów Duszejko rzuca się w oczy, niczym znak drogowy nocą), ale też wyposaża ją w swego rodzaju super moce, które potencjalnej ofierze (kobieta, starzejąca się, samotna, przyjezdna, niezamożna, outsiderka) pozwalają na sprawczość - i to doprawdy potężną…

Jak zapewne wszyscy już wiedzą, “Pokot” uchodzi za feministyczny eko-thriller, któremu rzeczywistość dorabia gębę politycznego manifestu. A i owszem, jest film Holland manifestem: niezgody na patriarchalny sojusz kościoła, policji, władzy świeckiej, biznesu przeciwko kobietom, wykluczonym czy przyrodzie; ale jest także manifestacją emocji, i to tych negatywnych, których nie wypada okazywać - a już szczególnie pacyfistycznej, koncyliacyjnej, ważącej argumenty lewicy. W zaskakujący sposób współbrzmi tym samym nowy film Agnieszki Holland nie tylko z tarantinowską “mścicielską” serią; ale i z głośnym spektaklem “Klątwa” Olivera Frljića wystawianym właśnie w warszawskim Teatrze Powszechnym w asyście modlitw, gróźb i wyzwisk.

“Klątwa” to też erupcja wściekłości, spektakularne “Dość!” powiedziane nie tylko kościołowi katolickiemu, ale i autocenzurującym się, nazbyt powściągliwym liberałom. Jest w tym spektaklu między innymi scena ścinania piłą mechaniczną krzyża. I co? I nic. Świat nie zadrży w posadach, piorun nie trafi bluźnierców. Krzyż to aż i tylko symbol - w Polsce, podobnie jak w rodzinnej Chorwacji reżysera, także kościelnej władzy i opresji. Aktorzy “bluźnią” więc na scenie ile wlezie, pozwalając nam wszystkim, uczestniczącym w spektaklu, przejść suchą nogą przez nasze mordercze fantazje, negatywne emocje, wściekłość i frustracje. Zobaczyć je i wziąć za ich przepracowywanie.

Nie inaczej rzecz ma się z “Pokotem”, filmem o pragnieniu odwetu, i to na wielu poziomach. Bo przecież sceny polowań, chowająca się po lasach zwierzyna, półżywe, przerażone lisy ściśnięte w klatkach przemysłowej fermy, mogę przywołać inne polowania i nagonki (a jest to intensywnie obecna w polskiej zbiorowej wyobraźni metafora, by przywołać choćby “Naganiacza” Petelskich) - nagonki na ludzi.

Ma więc “Pokot” swój przebijający przez gruby mech eko-thrillera wątek holocaustowy, żydowski. Za sprawą tarantinowskiej z ducha fantazji o powstrzymaniu i ukaraniu sprawców, dodający nowy głos do naszych rozliczeń z przeszłością.

Co ciekawe, “Pokot”, “Klątwę” Wyspiańskiego i “Bękarty wojny” łączy motyw ognia, wątek pożaru - siły tyleż niszczycielskiej, co oczyszczającej, egzorcyzmującej. I przyznaję, wysoki sądzie, że i ja miałam czasem ochotę podpalić niejeden fort, niejeden dworek i niejedną szkółkę niedzielną. Nie mówiąc o wymierzeniu celnego kopniaka niejednemu panu wuefiście, kierowcy autobusu i niejednemu księdzu.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

28.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
03.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
22.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
19.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)