CO NOWEGO?

19.12.2016, Małgorzata Sadowska
Radość wstania z kolan, czyli "Joy"
Przejechawszy raz-dwa podłogę na mokro, a więc ostatnim pociągnięciem mopa dokończywszy dzieła okołoświątecznego (acz równie pobieżnego jak w dni nieświąteczne) sprzątania; mogę wreszcie zasiąść nad (czystą) klawiaturą, by napisać kilka słów o “Joy” (emisja w CANAL + 25 grudnia). Choć jego akcja rozgrywa się daleko od Betlejem, a scenariusz nie ma nic wspólnego z rozgrzewającą serce niczym barszcz wigilijną opowieścią o padających sobie w ramiona do wtóru “Jingle Bells” ludziach; to pozostaje bardzo bliski tak zwanej “świątecznej atmosferze”. Rzecz bowiem dotyczy sprzątania. A świąteczne porządki dotyczą kobiet - sama wczoraj widziałam taką jedną, która pod osłoną nocy zręcznie wyprowadzała prawy sierpowy, tłukąc trzepaczką jakiś biedny dywan, który nawet nie próbował się bronić. “Łup! Łup! Łup!” niosło się między domami, niczym wystrzały z haubicy.

Cóż, przygotowania do Bożego Narodzenia mają w sobie znaną z okopów nerwową gorączkę; jest to pewien rodzaj bitewnego szału. W ruch idą trzepaczki, zmiotki, szmaty, ścierki, szczotki, gąbki, a znam i takich co brud spomiędzy kafelków wymiatają szczoteczką do zębów. Na pierwszej linii frontu z - bywa, że wyimaginowanym - brudem znajdują się oczywiście mopy. Te same, które wynalazła tytułowa Joy (Jennifer Lawrence w kolejnej takiej roli - wojowniczki mimo woli), bohaterka komediodramatu Davida O. Russella. Ów film jest pod pewnymi względami skrzyżowaniem poprzednich dokonań reżysera, czyli “Fightera” i “Poradnika pozytywnego myślenia”. Joy zaciekle bowiem walczy: o siebie, a także ze sobą, z przekonaniem, że nie zasługuje w życiu na nic lepszego, niż szorowanie na kolanach zapaćkanych przez innych podłóg. Ale ta kobieta (nie ona pierwsza i nie ostatnia) wiecznie sprząta nie tylko plamy po winie, zapleśniałym jogurcie, który wgryzł się w wykładzinę, czy zbiera rozbite szkło.

Joy przyszło sprzątać również po rozwodzie rodziców, po ich dalszych wyborach, po własnym małżeństwie, po błędach innych osób. Otoczony przez życiowych bałaganiarzy człowiek, który ciągle czyści domy i sprawy, musi w końcu wynaleźć jakąś pomoc dla siebie, skoro nie nie może dostać jej w inny sposób. David O. Russell ubiera - opartą na faktach - historię w znany schemat “od pucybutki do milionerki”, szczęśliwie jednak akcentując tragikomiczny, ironiczny wymiar losów Joy (już samo jej imię, w tłumaczeniu “Radość” to czysta ironia). Zerka tym samym w stronę dokonań twórców pokroju Wesa Andersona, próbując się oddalić od hurraoptymistycznych wniosków i przymilnych jak mały kotek happy endów. Oczywiście to hollywoodzkie kino o udręce bycia gospodynią domową (jego europejskim odpowiednikiem byłaby portretująca w detalach zabójczą rutynę obowiązków domowych “Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela” Chantal Akerman), musi więc mieć charakter motywacyjny, zaś dłonie urobionej po pachy Joy, pozostają nieskazitelnie wypielęgnowane.

Cieszy jednak już sam fakt zwrócenia kamery w stronę wynalazczyni tak banalnego przedmiotu jak mop, no i samego mopa. Mop, choć kojarzy się z brudną robotą, nie układa się niestety w dłoni elegancko, jak baretta. Nie czyni dziewczyny bardziej powabną, nie da się seksownie wokół niego owinąć, ani też potraktować jako feministycznego symbolu. A jednak ten splot bawełnianych sznurków na plastikowym kiju, pochłaniający wodę, jak skacowany gość, to rzecz, która milionom kobiet cholernie ułatwiła życie. Zaraz się pewnie oburzycie na to, że kojarzę domową krzątaninę (swoją drogą: co za eufemizm!) wyłącznie z kobietami, ale cóż, dochodzi 1 w nocy i jakoś żaden z kolegów nie podzielił się ze mną wiadomością, że “się leni” zamiast lepić pierogi, albo że właśnie “prasuje zasłony na święta”. A tylko w ciągu ostatnich dziesięciu minut dostałam tej treści maile od przyjaciółek.

Póki więc łatwiej jest wynaleźć mopa, niż dzielić z mężczyznami prace domowe, powinno się owe niedoceniane, wstydliwe, niewidzialne (bo “kobiece”) przedmioty (pralki! elektryczne maszynki do mielenia! obieraczki! drylownice! miksery! odkurzacze! zmywarki!) stawiać w świetle jupiterów, obnosić po filmach, wkładać w ręce gwiazd. Bo oferują coś więcej, niż łatwość umycia podłogi - oferują czas. Na to na przykład, żeby poleżeć przed telewizorem i obejrzeć “Joy”, zamiast grać Perfekcyjną Panią Domu cały dzień jeżdżącą na szmacie. Choć oczywiście większość naszych mam czy babć nie pozwoli sobie odebrać tej roli, wiążą się z nią bowiem rozmaite kombatanckie przywileje w rodzaju wyłączności na przeciągłe westchnienia, mówienia “Ale się dla was umordowałam” i obnoszenia przez całe święta cierpiętniczej miny. “Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać” - wspaniałe słowa Marii Janion dotyczą jak widać także narodu matek-Polek.

W filmie Davida O. Russella nie ma jednak martyrologii, jest chęć powstania z kolan, na których kobiety spędzają sporą część życia, dzierżąc w dłoniach szmaty czy ryżowe szczotki. Jest determinacja zrodzona z upokorzeń, jest siła z bezsilności. Szkoda tylko, że “Joy” skupia się po hollywoodzku głównie na zmianie kondycji finansowej, a nie mentalnej naszej bohaterki. I kiedy ta pierwsza już się dokona, a my widzimy Joy w jej wielkiej posiadłości, nikt nie zadaje sobie fundamentalnego pytania: i kto tu teraz sprząta?

Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

24.02.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
22.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)