CO NOWEGO?

30.11.2016, Małgorzata Sadowska
Molestując kamerą - Bertolucci i inni
“Przeczytałem w “Cahiers du Cinéma”, że filmowiec jest jak podglądacz, jakby kamera była dziurką od klucza do sypialni rodziców. Podglądasz ich, czujesz wstręt, czujesz się winny, ale nie potrafisz odwrócić wzroku. Film staje się przestępstwem, a reżyser kryminalistą. To powinno być zakazane”. Wiecie, kto to powiedział? Bohater jednego z filmów Bernardo Bertolucciego oczywiście.

Przytaczam słowa z “Marzycieli”, bo wydają mi się znaczące w kontekście twórczości tego reżysera; reżysera, który inny ze swoich filmów - “Ukryte pragnienia” - otwiera właśnie sceną podglądania młodej dziewczyny (Liv Tyler). Amatorska kamera w ręku mężczyzny, którego twarzy nie widzimy, filmuje rozchylone usta z kropelką spływającej po brodzie śliny i robi najazdy na opięte dżinsami krocze, na którym leży dłoń śpiącej. Chcę tym samym powiedzieć, że sposób, w jaki Bertolucci potraktował Marię Schneider, ukrywając przed niedoświadczoną dziewiętnastolatką fakt, iż jej ekranowy partner, Marlon Brando użyje w scenie gwałtu masła jako lubrykantu; to tylko ekstremalny wyraz wiele razy demonstrowanego w jego dziełach stosunku do aktorek.

Co tak naprawdę jest tematem “Ukrytych pragnień”, jeśli nie kwestia, kto rozdziewiczy bohaterkę Tyler? I nie demonstracja reżyserskiej (omni)potencji w tej sferze? W czasie zdjęć Tyler też miała 19 lat, podobnie, jak Eva Green w “Marzycielach”. Nie wiem, czy to akurat z jej powodu Bertolucci zmienił scenariusz, dość że w książkowym oryginale dochodziło do seksu między chłopakami, a na ekranie mamy scenę pozbawiania cnoty dziewczyny (na co patrzy, nie bez przyjemności, jej brat, wszak o podglądanie tu chodzi). Ona jest tu centralnym obiektem erotycznej gry. Także z kamerą, bo to pozycja tej ostatniej każe nam zastanowić się nad intencjami Bertolucciego.

I nie chodzi tu o epatowanie golizną, w końcu mężczyzn Włoch też rozbierał, choć nie wiem czy wielu widzom chciało się wysiedzieć pięć godzin na “1900”, żeby wypatrzeć penisy Roberta DeNiro i Gerarda Depardieu w dłoniach Stefanii Casini w ich wspólnej łóżkowej scenie. Chodzi raczej o rozkosz podglądania i o wyraźnie zaznaczoną męską dominację w sferze seksu. W “Pod osłoną nieba” Debra Winger obnażana jest zawsze podwójnie: przez kochanków i przez kamerę, “penetrującą” niejako jej ciało do spółki z mężczyznami. W “Rzymskiej opowieści” kamera gapi się na onanizującą się przez sen Thandie Newton. W tym akurat filmie Bertolucci dodatkowo w sposób boleśnie stereotypowy seksualizuje “inną”, każąc przybyszce z Afryki reprezentować naturę, dzikość, cielesność, erotyczny powab, podczas gdy plumkający na fortepianie biały facet jest oczywiście przedstawicielem kultury.

W głośnej aferze o scenę gwałtu z “Ostatniego tanga w Paryżu” nie chodzi więc o to, że nagle Bernardo Bertolucci pokazał nam swoje nieznane oblicze, sam się wszak już dawno - rzecz jasna ironicznie, dworując w ten sposób z krytykujących go kobiet - nazywał “sprośnym staruchem”. To, co się zmieniło, to nasza wrażliwość na kwestie molestowania, mobbingowania, nadużywania męskiej władzy. Na kwestię przemocy wobec kobiet. Skala, jaką przybrała wściekłość na włoskiego reżysera, demonstrowana dziś przez media i środowisko filmowe jest więc świadectwem zmian w naszej świadomości. Kiedyś wyznania takie, jak to poczynione przez reżysera podczas spotkania w La Cinémathèque Française (tłumaczył, iż nie chciał by Schneider zagrała upokorzenie, lecz by p o cz u ł a się upokorzona), nie zrobiłyby na nikim wrażenia. Wszyscy z zachwytem pokiwaliby głowami nad artystyczną bezkompromisowością Bertolucciego.

Dziś nasza uwaga wędruje ku osobie, która za ową bezkompromisowość zapłaciła cenę zmarnowanej kariery i poważnych osobistych problemów. A której głos pozostawał przez lata głosem “wariatki ze strychu”. Zmienia się atmosfera, przemoc i molestowanie przestają być normą, przestają też być tabu. Pęka tama zmowy milczenia. Gwyneth Paltrow, Megan Fox, Charlize Theron czy wspomniana tu już Thandie Newton opowiedziały niedawno o castingach z seksualnym podtekstem. W październiku tego roku Rose McGowan wyznała publicznie, że została zgwałcona przez szefa jednego z hollywoodzkich studiów. Nic więc dziwnego, że dosłownie przed dwoma dniami podczas ceremonii rozdania australijskich nagród filmowych, grupa kobiet zorganizowała happening pod hasłem “Koniec z sausage party!” (“sausage party” oznacza w języku angielskim imprezę zdominowaną przez facetów). Wdarły się na czerwony dywan przebrane za kiełbaski, by zaprotestować przeciwko dominacji mężczyzn w przemyśle rozrywkowym.

Coś więc drgnęło i bardzo dobrze - zastanawiam się tylko, obserwując wielkie poruszenie wśród znajomych na Facebooku (w tym wielu mężczyzn, co cieszy szczególnie), pałających słusznym oburzeniem na Bernardo Bertolucciego, czy byliby oni tak samo skłonni pałać, gdy idzie o nasze własne podwórko. Kto zakrzyknie, że polskie kino notorycznie molestowało Katarzynę Figurę (by wspomnieć tylko filmy Piwowarskiego)? Kto powie, że napełnia go gniewem sposób, w jaki Andrzej Żuławski potraktował Isabelle Adjani (twierdziła, że po “Opętaniu” cierpiała na zespół stresu purazowego) czy dwudziestoletnią podówczas amatorkę Iwonę Petry, poddaną manipulacjom na planie “Szamanki”?

Czekam na głosy piętnujące Waleriana Borowczyka i jego “Dzieje grzechu”, które zaważyły na psychice i karierze Grażyny Długołęckiej. Kiedy ta opowiedziała o swoich doświadczeniach w wywiadzie dla “Przeglądu Tygodniowego” (“Chciał widzieć, jak rozkładam nogi. Zaczynając film byłam czystą, młodą dziewczyną z tysiącami kompleksów, kończąc byłam wystraszonym strzępem. Schudłam 14 kilogramów... Przeżywałam osobisty psychiczny dramat. Wychowana przez siostry urszulanki miałam mentalność zakonnicy i żyłam ze ściśniętymi nogami. Rozkładanie ich na planie w obecności reżysera niszczyło wszystko, co było we mnie czyste. Borowczyk z niebywałą złością sączył mi w ucho wulgarne słowa, straszył mnie i obrażał”), Borowczyk obrzucił ją obelgami i insynuacjami, z których “nimfomanka” wydaje się najłagodniejszą.

“Kto tutaj ma rację? - zastanawiał się Zygmunt Kałużyński po tym, gdy wybuchła wokół “Dziejów grzechu” afera. - Możliwości są cztery: 1) Długołęcka ma rację, 2) Borowczyk ma rację, 3) obydwoje mają swoje racje, 4) obydwoje nie mają racji. Co dla kinomana ma znaczenie podrzędne, bo najważniejsza dla niego jest elektryczność, która przebiega między reżyserem i jego wykonawczynią i wpływa decydująco na rezultat na ekranie. Zaś elektryczność, jak wiadomo, działa albo przyciągająco, albo odpychająco (dwa plusy bądź dwa minusy); ale w obydwu wypadkach dostarcza filmowi wyjątkową energię”.

Nie da się temu zaprzeczyć: i Żuławski i Borowczyk i Bertolucci (a przecież na listę można dopisać innych manipulatorów, choćby Abdellatifa Kechiche'a czy Larsa von Triera) stworzyli dzieła. Otworzyli przed kinem nowe ścieżki, przewietrzyli jego zatęchłe korytarze, poważyli się na eksplorowanie sfer uchodzących za tabu. Bywało, że dokonywali tego gwałtem i przemocą. Kałużyński ma rację: elektryczności w ich filmach tyle, że aż lecą iskry. Problem w tym, że ich samych ów prąd nigdy nie poraził. Za to ich aktorki - tak. Ale jeśli film bywa przestępstwem, reżyser kryminalistą, to czy widz staje się wtedy wspósprawcą? Jako ten, który mimo wstrętu nie odwrócił wzroku?
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
22.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
19.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
14.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)