CO NOWEGO?

21.09.2016, Małgorzata Sadowska
Kto się z mgłą boksuje, czyli "Do utraty sił"
Odbywszy rozmowę z wielkim Artystą w jego gabinecie, w którym z każdej ściany spoglądało na mnie jakieś Wielkie Nazwisko; obejrzawszy kolejny odcinek serialu o Artystach, odbywszy już połowę artystycznej podróży z pewnym Rosjaninem piszącym o swojej samotnej wyprawie na Północ (“Wypalam gitane’a i wypijam kawę. Nie pomaga. Czuję jakiś niepokój. Niebo się zapadło - czy to mgła czy deszcz. Mokry pokład. […] Niczym topielec spłynęło z prądem ociężałe, blade bierwiono”), zapragnęłam porządnego mordobicia.

I kiedy już znalazłam w canalplusowej ramówce satysfakcjonujący mnie tytuł, czyli “Do utraty sił” Antoine’a Fuqui, reklamowany wizerunkiem rozkwaszonej na ringu gęby Jake’a Gyllenhaala, okazało się, że niestety “wszystko jest poezją”. Nawet mordobicie.

Oczywiście nie można nazwać “Do utraty sił” kinem wagi ciężkiej. Ot, rozpisana na kilkanaście rund opowieść o wzlotach i upadkach pewnego boksera. Poznajemy go w momencie zawodowego i życiowego triumfu: na koncie ma Billy Hope (Gyllenhaal) kolejne imponujące zwycięstwo, które uczci w swoim wielkim domu, ramionach mądrej i pięknej żony (w roli Maureen - Rachel McAdams), ucałowawszy wcześniej na dobranoc rozkoszną córeczkę (Leilę zagrała Oona Laurence). Owo wspaniałe życie: i dom, i żonę, i basen zdmuchnie jednak jak domek z kart jeden nieostrożny ruch. Za którym stoją najgorsi z doradców: porywczość, ambicja i gniew.

I czy nam się podoba czy nie, jest “Do utraty sił” lekcją - by tak rzec - zarządzania gniewem. Oto kołczowanie przez boksowanie, gdzie ringiem jest samo życie, a treningi odbywają się między innymi w pogotowiu opiekuńczym, gdzie wylądowała córeczka Billy’ego. Ten ostatni zaś nie raz i nie dwa legnie na macie powalony celnym ciosem sędziny, kuratorki czy własnego dziecka. Najgroźniejszym przeciwnikiem boksera jest jednak on sam, a najważniejsza z walk to ta polegająca na zrobieniu krwawej miazgi z własnych słabości.

Realizowany wedle schematu: wszystko mam - wszystko tracę - wszystko zdobywam od nowa film, od początku do końca dźwigany jest samotnie na imponująco umięśnionych barkach Gyllenhaala i na jego grze z własnym wizerunkiem. Jest to bowiem ten sam metroseksualny typ, który wzruszał nas w gejowskim melodramacie “Tajemnica Brokeback Mountain”, ten sam, który podbija serca chłopięcym urokiem. I ten urok cały czas tu jest, a z nim niepewność, prostoduszność czy bezradność, ukryte głęboko za zbroją z mięśni. Wydaje się, że nie ma na świecie nic bardziej prostackiego i macho, niż boks, tymczasem “Do utraty sił” to kolejny już film, który ów sport upoetycznia i metaforyzuje, oczywiście zabierając nas przy tym w scenach walk na sam środek ringu, gdzie każdy cios wydaje się być wymierzony w nas, i nie szczędząc nam przy tym widoku krwi, i tryskających malowniczo po każdym uderzeniu fontann potu i śliny.

Dlaczego boks właśnie, a nie kolarstwo, wioślarstwo czy gimnastyka artystyczna? - zastanawiałam się patrząc na posiniaczonego Hope’a i myśląc o wszystkich tych filmach, w których głównym bohaterem był prawy sierpowy (W kinach wciąż zobaczyć można "Kamienne pięści"). Odpowiedź nasunęła się sama wraz z muzyką, a dokładnie z delikatnym fortepianowym plumkaniem, jakby nieadekwatnym w stosunku do tych wszystkich sińców, stroszenia tatuaży i potłuczonych krzeseł. “To jest walka, a nie gra na pianinie” - powiedział kiedyś bokser nazwiskiem Zivic, mistrz nieładnych chwytów. I chyba jednak nie miał racji. W jednej ze scen “Do utraty sił”, zrozpaczony, pełen bezsilnego gniewu Billy przestaje się bronić, zamieniając pojedynek w próbę samobójczą. Mimo, że to żadne wyrafinowane kino (o czym wie każdy, kto zna ciężką rękę reżysera i jego zamiłowanie do dość agresywnego stylu) doznałam jednakowoż pewnej iluminacji, patrząc na to męczeństwo nieświętego Hope’a, i zrozumiawszy, że boksowanie to zaiste sztuka, w której brutalnemu atakowi towarzyszy nieuchronnie wystawienie się samemu na takiż atak: odsłonięcie miękkiego podbrzusza i wszystkich innych miękkich części ciała.

No i kto by pomyślał, że właśnie dzięki Fuqui odkryję, że człowiek jest walczącą trzciną? A boks to rodzaj poematu pisanego na ringu wydzielinami ludzkiego ciała (ha! nie kto inny, lecz niejaki Nabokov porównał krew chlapiącą na ring ze skapującym z pióra czerwonym atramentem!)? Czy nie o to także chodzi w wierszu, którego autorzy uzbrojeni w język przechodzą do ataku, który jednakowoż jest w swej istocie przede wszystkim obroną tego, co dla nich najcenniejsze? Wszystkich tych pokrewieństw świadom jest niewątpliwie Darren Aronofsky, który nakręcił filmy o baletnicy (“Czarny łabędź”) i wrestlerze (“Zapaśnik”), będące awersem i rewersem tej samej historii - o obronie przez atak. O ciele, które wystawia się na pokaz, na razy (jak pięknie pisał Nabokov o pokonanym zawodniku, który zwinął się w precel), aż stanie się mocne, jak skorupa ślimaka, w której można się będzie skryć.

Nic więc dziwnego, że tak chętnie zaglądają na ring poeci, pieśniarze i pisarze. Że najlepsze portrety Muhammada Alego stworzyli Joyce Carol Oates i Bob Dylan, że legendarną walkę Alego z Foremanem relacjonował Norman Mailer, a Stachura w “Siekierezadzie” pisał o “boksowaniu się z mgłą”. Pamiętam - też jak przez mgłę - finałową scenę obserwacyjnego dokumentu Franka Wisemana, “Boxing Gym”. Ledwie trzymająca się buda w Teksasie, przypominająca nasze amatorskie wiejskie siłownie. W środku od rana do wieczora mali i duzi, dziewczyny i chłopaki, biali i czarni, przyjmują i rozdają sierpowe czy haki, pocą się i podskakują, walą bez opamiętania w worek. Patrzymy na te wysiłki, aż kamera unosi się wysoko w górę nad spoconych ludzi, nad siłkę, nad przedmieście, nad wszystkie te daremne zmagania, nad fakt, że żaden unik nie uchroni nas od ostatecznego ciosu. Życie jest walką proszę państwa, aż do utraty sił.

Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

30.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
29.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
17.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.10.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
29.10.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
14.10.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
16.09.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
06.09.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.07.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
29.07.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)