CO NOWEGO?

30.12.2016, Małgorzata Sadowska
Gra o dron, czyli "Niewidzialny wróg"
Oryginalny tytuł filmu Gavida Hooda (tego samego, który na wieki związał się z polskim kinem nieudaną ekranizacją “W pustyni i w puszczy”) - “Eye in the Sky” - mówi o patrzącym z nieba oku, zawiera więc w sobie ciekawą dwuznaczność, która znika niestety w płaskiej, jak mazowieckie pola polskiej wersji. Owo oko o boskiej niemal proweniencji, które nie tylko patrzy, ale i osądza, karze, rozstrzyga o ludzkich losach; należy do drona bojowego Reaper. Dron wisi gdzieś wysoko nad osiedlem na peryferiach Nairobii, obserwowanym przez brytyjskich i amerykańskich wojskowych. To w jednym z tutejszych domostw ma dojść do ważnego spotkania grupy terrorystycznej współodpowiedzialnej za ataki i samobójcze zamachy (w tle mamy choćby nawiązania do pamiętnego ataku na centrum handlowe w Nairobii z 2013 roku). Wśród wysoko postawionych członków organizacji znajduje się Brytyjka (aluzja do Samanthy Lewthwaite, zwanej “Białą wdową”, współodpowiedzialnej za wspomniany wyżej zamach), na którą zagięła parol brytyjska pułkownik, grana przez Helen Mirren. Wojskowa chce zlikwidować swoją rodaczkę i jej kompanów, problem w tym, że dom, w którym gromadzą się bojownicy znajduje się przy ruchliwej ulicy, otoczony jest innymi domostwami.

Prawdopodobnie nie obejdzie się bez ofiar w ludziach. Symbolem niewinnych ofiar jest tu mała dziewczynka kręcąca hula-hop - ale tylko wtedy, gdy nie widzą jej zabaw islamscy fanatycy. Tacy, jak knujący w sąsiedztwie terroryści. Rzecz cała dotyczy więc w pewnym sensie przyszłości takich dziewczynek: czy warto poświęcić kilka z nich, by inne mogły się radośnie bawić? A może zabicie cywili jest zwykłą zbrodnią, której nie uzasadnia żadna wielka “sprawa”?

Przez cały film pozamykani w bazach, gabinetach i kontenerach pułkownicy, operatorzy drona, ministrowie, piloci, prokuratorzy, premierzy et consortes, przerzucają się gorącym kartoflem politycznej i ludzkiej odpowiedzialności. Zegar tyka (bo to jeden z tych mainstreamowych thrillerów, opartych na dość już wysłużonym koncepcie tykającego zegara - że za czterdzieści sekund, że za pięć minut, że czy zdążą itp.), terroryści przeglądają swoje arsenały, dziewczynka jak na złość staje w miejscu przewidywanej akcji i sprzedaje tam chleb. Nieświadoma, że grupa ludzi siedząca przed monitorami w Nevadzie, na Hawajach, w Wielkiej Brytanii i w okolicy jej własnego domu, pisze właśnie dla niej scenariusz, który za chwilę wcieli w życie wystrzał z drona.

Cóż, więcej w “Niewidzialnym wrogu” (o którym tu piszę, bo pokazuje go właśnie CANAL +) konceptu, filmowej ustawki, niż prawdziwego życia. Przyznaję jednak, że sama wizja zinwigilowanego do cna świata wywołuje pewien nieprzyjemny dreszcz. Szczególnie, że w roli boskiej opatrzności stają tu kraje Zachodu, łypiące z ukrycia na afrykański kontynent - ot, dwudziestopierwszowieczna wersja starego dobrego, analogowego kolonializmu. Paradoks polega na tym, że i podglądający są tu podglądani: przez kamerę filmową, świadka spisującego “czyny i rozmowy”. Do rangi niewidzialnego wroga: rządów i wojskowych urasta tu więc kino, ono także jest owym okiem z nieba zawieszonym wyżej niż drony, zerkającym srogo na ludzi uzurpujących sobie boskie kompetencje. Pocieszająca jest, a może nawet i pocieszna, ta (dość prosto wyłożona przez Hooda) wiara w stróżowanie kina. Szczególnie, że wokół nas dzieje się dziś tyle jawnego zła. Patrzymy na nie, widzimy je. Mamy je nagrane. I co? I nic.


Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

24.02.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
22.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
19.12.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.11.2016, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)