CO NOWEGO?

05.08.2014, Małgorzata Sadowska
Jak dobrać się do legendy, czyli o "Księciu" Karola Radziszewskiego i awanturze na Nowych Horyzontach
W Polsce coraz łatwiej jest obrazić uczucia religijne, i wcale nie trzeba do tego „Golgoty Picnic”. Wystarczy zrobić film o teatrze Grotowskiego i naczelnym aktorze tegoż, Ryszardzie Cieślaku, by pojawili się wyznawcy oburzeni zamachem na świętość, sugerujący profanację. Przekonał się o tym Karol Radziszewski, artysta działający na polu sztuk wizualnych, który na Nowych Horyzontach pokazał właśnie „Księcia”, film zresztą nie tyle o Grotowskim czy o Ryszardzie Cieślaku, co o otaczającej obu legendzie. „Książę” to rzecz eksperymentalna, na styku dokumentu i fabuły, skupiona tak naprawdę na poszukiwaniu nowego języka rozmowy o zjawisku, które już lata temu stężało w mit. Sama miałam okazję przekonać się o jego sile jako studentka warszawskiej polonistyki, gdzie twórczość Grotowskiego otaczano kultem, jego działania były centralnym punktem nauczania o teatrze, a na zajęciach człowiek nie tyle zdobywał wiedzę, co dostępował wtajemniczenia. Nie ukrywam, że i mnie udzieliła się ta atmosfera – do tego stopnia, że pewnego dnia, w akcie uwielbienia i desperacji (niczym Raskolnikow, w tym czasie żywiłam się głównie różnego rodzaju mrzonkami, przegryzając je czasem suchą bułką) ukradłam książkę - biblię Zbigniewa Osińskiego „Grotowski wytycza trasy”. Od tamtej pory widok jej zmiętoszonej zielonej okładki był zawsze męczącym źródłem uniesień (minęły) i wyrzutów sumienia (nie minęły).

Z owego pierwszorocznego studenckiego epizodu zapamiętałam dobrze jedno zdanie chętnie przytaczane przez Jerzego Grotowskiego: „Prawdziwy uczeń wysoko zdradza mistrza”. Wypowiedział je awangardowy rosyjski reżyser teatralny, Wsiewołod Meyerhold, nawiązując do relacji z własnym mistrzem, Konstantym Stanisławskim.

Pokazy na wrocławskich Nowych Horyzontach dowodzą, że Teatr Laboratorium doczekał się nie tyle prawdziwych uczniów, którzy kwestionując osiągnięcia nauczyciela mogliby pójść własną drogą, twórczo i samodzielnie rozwijając jego myśl; lecz gorliwych strażników kanonu. Ich religijne uczucia może obrazić wszystko: queerowa perspektywa przyjęta przez Radziszewskiego (tak jakby już sama myśl o tym, iż Grotowski był homoseksualistą miała podważyć jego wybitne osiągnięcia); powoływanie się na świadectwo aktorki Laboratorium Teresy Nawrot, która zamiast strzec legendy, opowiada o zakazanym romansie z Cieślakiem czy jego alkoholizmie; niemal zupełnie odrzucenie kanonicznych archiwaliów na rzecz formalnych eksperymentów. Karol Radziszewski trochę rekonstruuje, trochę reżyseruje od nowa fragmenty spektakli i nie tylko każe młodym aktorom odgrywać role Cieślaka, jego córki czy Teresy Nawrot, ale też od czasu do czasu wypowiadać ich kwestie po angielsku. Wszystko po to, by rozbić skorupę mitu, zrobić w niej wyłom, zakwestionować jedynie słuszną narrację o Laboratorium, Grotowskim, Cieślaku. Radziszewski rzuca erotyczne spojrzenie na ciało aktorów, zastanawiając się nad spojrzeniem, jakim Grotowski obdarzał ciało Cieślaka. Pyta o miejsce kobiet w Laboratorium; miejsce, które Teresa Nawrot wywalczyła sobie podczas prób do spektaklu „Thanatos polski”, używając krzyku, jak taranu. Obrońcy jedynie słusznej wizji nie zgadzali się na te pytania, na manipulowanie (jak najbardziej świadome, jawne i zamierzone) materiałami, na to, że uświęconym tematem zajął się twórca queerowy, nie ukrywający swojego homoseksualizmu (na spotkaniu, w którym uczestniczyłam jeden z wyznawców Grotowskiego atakował projekt z pozycji homofobicznych). W dyskusji powracały sformułowania, że Radziszewskiemu nie wolno, że nie miał prawa, że Radziszewski jest gówniarzem, że uprawia prowokację, że w swoim filmie kłamie. Tymczasem jego celem nie było odkrycie jakiejś enigmatycznej „prawdy”, lecz wskazanie, że istnieje tylko jedna, od dawna gotowa jej wersja. „Książę” próbuje rozsadzić ją od środka, nadając dawno zapisanym słowom nowe wizualne konteksty. Karol Radziszewski nie stworzył arcydzieła, ale film z całą pewnością wart uwagi, ciekawy formalnie, wnoszący też nową perspektywę do rozmowy o spuściźnie Grotowskiego.

Traf chciałam, że zaraz po „Księciu” obejrzałam „Kochanków muzyki” Kena Russella, kolejną nieprawomyślną, szaloną biografię - Piotra Czajkowskiego. Rytm obrazów podporządkowany jest tu rytmowi muzyki Rosjanina, a reżyser waży się na szalony slalom pomiędzy życiem i twórczością, namiętnością i muzyką, artystyczną pasją i erotyczną frustracją. To rzecz histeryczna, eksplodująca muzyką i obrazami, posługująca się biograficznym kluczem niczym złodziejskim łomem. Intrygująca w sposobie, w jaki poszukuje filmowych środków, które byłyby ekwiwalentem emocji zapisanych w partyturze. W podszytych Freudem "Kochankach muzyki" znalazła się komiczna scena, w której tłum dosłownie stawia na piedestał kompozytora (z furią zagranego przez Richarda Chamberlaina), a ten zastyga na nim w pomnikowej pozie i obrasta spiżem. To właśnie stało się z Grotowskim i jego Laboratorium, zamienionymi w przedmiot kultu. Ale to nie gorliwi strażnicy pomnika, lecz ów okropny Radziszewski przekonał mnie po latach, że pod tym spiżem coś jeszcze się rusza.

Małgorzata Sadowska
dziennikarka filmowa tygodnika "Newsweek"
Komentarze (1)
#lubie kino
13.08.2014, 21:32

kiedy recenzja Strażników Galaktyki?

SPRAWDŹ TEŻ

13.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
04.10.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
27.09.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
21.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
02.08.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
21.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
13.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
07.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
01.07.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)