CO NOWEGO?

30.04.2017, Małgorzata Sadowska
Jak Brad Pitt pokonał wstyd
Kot leżał na plecach, odsłaniając puszysty brzuch i sprawiał wrażenie strasznie zadowolonego. Właściciele zasugerowali, że tak właśnie wygląda kot, który czuje się bezpiecznie. “Ciekawe, co byłoby ludzkim odpowiednikiem takiej pozy? Fizycznym wyrazem totalnego poczucia bezpieczeństwa?” - spytałam, bo godzina była późna i jak wiadomo, różne dziwne myśli przychodzą wtedy do głowy, a wśród bliskich nie trzeba się ich wstydzić. “Chyba musiałbym się rozpłakać” - rzucił A. z uśmiechem, który tak lubię i przyznaję, że te słowa wciąż nie dają mi spokoju. Bo wydały mi się bardzo szczere, bardzo mocne i bardzo, bardzo w punkt. I mówią właściwie wszystko o relacji na linii mężczyzna-bezpieczeństwo-emocje. Przypomniałam sobie o nich, gdy jeszcze raz oglądałam przedziwną, głośną, przez jednych wyśmiewaną, przez innych podziwianą sesję Brada Pitta dla magazynu “GQ Style”, towarzyszącą wywiadowi z aktorem. Sama darłam o nią koty poprzedniej nocy z dwojgiem innych przyjaciół: “Tu chodzi o cyniczny PR!” - krzyczał M. (bo muzyka była głośna), “Tu chodzi o ładne ubrania!” - przekonywał drugi M. sięgając po kolejny kawałek naciowego selera, “Tu chodzi o emocje!” - wrzeszczałam ja sama.

Nie umiałam wtedy znaleźć dobrych argumentów na obronę sesji, która zrobiła na mnie, przyznaję, spore wrażenie - nie tylko zresztą na mnie, sądząc po ilości komentarzy, artykułów, memów, postów, jakie pojawiły się po jej publikacji. Brad Pitt pozuje w kilku amerykańskich parkach narodowych, ubrany w ciuchy za tysiące dolarów i ze łzami w oczach. Wygląda tu trochę jak lider boysbandu z lat 90., który obudził się w samym środku “Drzewa życia” Terrence’a Malicka. Ale wyśmianie tych łez, dłoni splecionych jak do modlitwy, wiatru we włosach, przeginania się na piasku, smutnych oczu wpatrzonych w zachód słońca, całego tego afektu, jakim nasycona jest sesja (i który właściwie jest jej wiodącym tematem), byłoby chyba zbyt proste. Na wielu fotografiach (autorstwa Ryana McGinleya) przybiera Pitt pozy ze wszech miar dziwne, egzaltowane, na swój sposób gorszące i nieprzystojne - czyli takie, które nie przystoją mężczyźnie lat 53, ojcu rodziny, graczowi biznesowemu, szanowanej gwieździe. To, co dozwolone młodzieńcom stylizującym się na romantycznych buntowników (vide Keanu Reeves czy Leonardo DiCaprio w latach szczenięcych), w wykonaniu dorosłego faceta wygląda zazwyczaj śmiesznie, jest popisem żenującej niedojrzałości, narcyzmu, który wchodząc w wiek męski, chłopak z okładki nie tyle może stara się okiełznać (bo w końcu pcha się na ten papier), co ubrać w inne pozy (dobrym przykładem byłby tu sposób, w jaki swój wizerunek kształtuje choćby George Clooney).

Pitt tymczasem - w gwarantujących poczucie bezpieczeństwa rzecz jasna warunkach stylizacji, gry z image’m, autoryzacji itepe, opuścił strefę wizerunkowego komfortu i niczym kot z początku tego tekstu pozwolił sobie odsłonić brzuch (nie tylko metaforycznie zresztą, ale i dosłownie). I tak jak leżący na grzbiecie kot, wygląda na tych zdjęciach co najmniej dziwnie. Jest w sesji McGinleya rodzaj bezwstydności, demonstrowanej poprzez ciało, a komunikującej w przecież emocje i to te najbardziej wstydliwe: bezradność, smutek, rozpacz, desperację (ponazywane później, już konkretnie, w wywiadzie mówiącym o rozwodzie, uzależnieniach, poczuciu zawodu, jaki sprawił rodzinie, potrzebie życiowej odnowy po klęsce małżeństwa). Mężczyzna wystawił na widok publiczny miękkie podbrzusze, które zazwyczaj mężczyznom każe się zasłaniać. Mężczyzna publicznie zapłakał - i to właśnie w sesji dla “GQ Style” wydaje mi się tak odświeżające i tak ważne. Powody dla jakich to zrobił są drugorzędne (może to część batalii sądowej, może potrzeba zmiany wizerunku, może kaprys, może rzeczywiście chodzi tylko o ładne ubrania), sposób, w jaki to zrobiono i efekt jaki całość wywołała - już nie.

Co więcej, myślę sobie, że sesja Brada Pitta nie jest tylko ekscesem, jednorazowym wyskokiem męskiej gwiazdy, lecz częścią szerszego zjawiska, które w literaturze amerykańskiej zdefiniowano już dawno jako “nową szczerość” (uprawiali i uprawiają ją m.in. David Foster Wallace, Zadie Smith, Jonathan Franzen), a które dziś wchodzi do mainstreamu pod postacią sesji, książek czy filmów skupionych na emocjach. Często - na męskich emocjach. Biblią tej najbardziej współczesnej, mainstreamowej “nowej szczerości”, choć w tym wypadku należałoby chyba użyć określenia “pornografia cierpienia”, wydaje się powieść “Małe życie” Hanyi Yanagihary, poświęcona z jednej strony męskiej przyjaźni; z drugiej męskiemu cierpieniu. (I co szalenie znaczące w kontekście sesji Pitta, autorka deklarowała, że chciała stworzyć literacki ekwiwalent pokazu Prady z jesieni/zimy 2007). Już zdjęcie na okładce, na którym widnieje męska twarz, na której maluje się grymas cierpienia właśnie, który właściwie można też uznać za ekspresję orgazmu, mówi wszystko o masochistycznej przyjemności płynącej z bycia ofiarą dramatycznych przeżyć (a już na pewno płynącej z zadawania wszystkich tych emocjonalnych i fizycznych ran na setkach irytujących stron). “Małe życie” opowiada o traumie nie do przezwyciężenia, o mężczyźnie, który nie stawia czoła, który pławi się w cierpieniu, zamiast “wziąć się z garść”.

Dokładnie tak, jak “Manchester by the Sea”, gdzie udręczony Casey Affleck “nie może”, jak sam mówi zalewając się łzami, którym towarzyszą chorały i widoki pustych łódek kołyszących się na smaganym deszczem morzu. To też opowieść o męskiej niemocy, o męskich uczuciach, o prawie do nich. O odmowie aktywności, działania, w imię przeżywania. O niemożności przezwyciężenia traumy i żałoby. Nie opowiadało się tak dotąd o mężczyznach, to są przecież narracje nieheroiczne, wstydliwe, emocjonalne - więc stereotypowo niemęskie.

Takich filmowych świadectw zmiany jest więcej - na europejskim podwórku mamy przecież “Turystę” Rubena Ostlunda, rzecz o spektakularnym męskim załamaniu nerwowym; oczywiście podlanym łzami. Jakiś czas temu przyjaciel pokazał mi nagranie z Ostlundem opowiadającym o swoich inspiracjach, do których nie należą żadne wybitne klasyki, lecz filmiki z YouTube’a. Reżyser powołał się tam między innymi na ten, który odnalazł wpisując do przeglądarki słowa “Best Cry Ever” (czyli coś a’la “najlepszy płacz wszech czasów”). Wpiszcie je, a ukaże się waszym oczom mający już prawie 60 milionów (sic!) odsłon filmik z czarnoskórym mężczyzną, dosłownie wyjącym podczas rozmowy z synem.



To ten płacz stoi za sceną emocjonalnego wybuchu w “Turyście”. I jest to płacz (choć raczej należałoby powiedzieć: skowyt) męski, choć zarazem jakże niemęski oczywiście. Sesja Pitta, oraz wywiad, w którym opowiada o chodzeniu na terapię, rzeźbieniu (Rzeźbieniu?! Drewna by narąbał! - kpią z żenujących, bo “niemęskich” pasji aktora komentujący sesję internauci) i miłości do Franka Oceana (autora chyba najsmutniejszych popowych piosenek, wszystkie są o żalu, stracie, smutku) są właśnie taką grą z męskością. A może nawet pierwszą taką mainstreamową ekspresją “nowej męskości”, nie wstydzącej się łez, a przede wszystkim - uczuć. Tworzącą ich wizualny alfabet. A skoro nawet Brad usiadł i zapłakał, to teraz może pora na ciebie, drogi A.?
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

26.05.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
25.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
14.04.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
31.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
20.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
05.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
03.03.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
24.01.2017, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)