Marian Kołodziej przez blisko pół wieku nie wspomniał o koszmarze, jaki przeżył podczas II wojny światowej. Dopiero otarcie się o śmierć skłoniło go do szczególnego wyznania - zdecydował się opowiedzieć o bólu, cierpieniu i sile ludzkiego ducha językiem sztuki.
Kołodziej miał siedemnaście lat, kiedy w czerwcu 1940 roku w jednym z pierwszych transportów trafił do
obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oznaczony numerem 432, kolejne pięć lat przeżył oddzielony od
świata drutem kolczastym, oglądając prawdziwe piekło na ziemi. "Budowałem obóz, bo znalazłem się w
pierwszym transporcie"- przyznawał po latach - "Prawdą jest też, że przez prawie pięćdziesiąt lat nie
mówiłem o Auschwitz. Mimo to, cały czas był on obecny we wszystkim, co robiłem". Po wojnie Marian
Kołodziej pracował przy projektach kostiumów teatralnych. W roku 1993 przeżył poważny zawał. Otarł się o
śmierć, a w ramach rehabilitacji miał wykonywać rysunki tuszem. Wtedy właśnie spod jego ręki zaczęły
wychodzić alegoryczne obrazy inspirowane makabrycznymi doświadczeniami pobytu w Auschwitz.
W 2007 roku Jason A. Schmidt, należący do amerykańskiej rodziny filmowców (jego brat Arthur dwukrotnie
otrzymał Oscara za najlepszy montaż, a dziadek Arthur P. Schmidt był nominowany za montaż do
pamiętnego "Bulwaru Zachodzącego Słońca"), poznał prace Kołodzieja, wystawiane w Oświęcimiu jako
ekspozycja pod nazwą "Labirynt". Sam autor mówił o niej: "To nie jest wystawa, ani sztuka. To nie są
obrazy. To są słowa zamknięte w rysunkach. Wciągam w podróż drogami labiryntu, naznaczonymi
doświadczeniem śmierci. To wyraz pamięci o wszystkich tych, którzy obrócili się w proch". Zainspirowany
dziełami mężczyzny, Schmidt postanowił nakręcić o nich film. "Marian jest nie tylko artystą, ale także pisze
bardzo poetycko" - mówił potem Amerykanin - "Kluczowe dla filmu było to, że słowa nie opisują jedynie
rysunków na ekranie, ale dotyczą doświadczeń Mariana i obserwacji obozowej grozy".
"Jednym z celów filmu było danie widzom poczucia nadziei" - przekonywał Schmidt.
"Właśnie tego doświadczyłem ja, kiedy pierwszy raz pokazywałem "Labirynt". Moim celem było
pozwolić, by film wniknął w widownię i wzbogacił ją duchowo. Dokładnie w taki sposób, w jaki ja sam to
odczułem".
Dlaczego dopiero zetknięcie ze śmiercią sprawiło, że Kołodziej zaczął mówić o wypieranych przez lata
wspomnieniach? Dlaczego wybrał graficzny, metaforyczny sposób na opowiedzenie tej historii? Czy z
poczucia obowiązku wobec współuczestników tego koszmaru? Marian Kołodziej zmarł w roku 2009,
odpowiedzi należy więc szukać w filmie samodzielnie.
PREMIERA: CANAL+, poniedziałek, 5 marca 2012, 22:40
Czytano: 740 razy